Caldas de Rei - Santiago de Compostela: dystans 43,64 km
I tak oto dobiega końca
rowerowe wędrowanie szlakiem Św. Jakuba.
Dzień rozpoczął się
dość przyjemnie, pogoda słoneczna, początek trasy bardzo
sympatyczny. Ale w drodze zmęczenie minionych dni dało się we
znaki. Upał nam dogrzał, szlak też okazał się dość stromy i
wyboisty. Kilometrów nie było dużo, ale były wyjątkowo
męczące... Większość czasu jechaliśmy w terenie i można było
spodziewać się że będzie lżej, bo przecież drzewa chroniły
przed słońcem, jednak to okazało się złudną nadzieją.
Do tego
jeszcze coś nam doskwierało... Otóż trochę późno wyjechaliśmy
i to spowodowało mały zgrzyt wśród nas - bo część pędziła na
"złamanie karku" a inni chcieli dotrzeć do Santiago
spokojnie - tym bardziej, że nie wszyscy czuli się w tak dobrej
formie jakby się można było spodziewać. Każdy miał swoje racje
ale niepotrzebnie stało się tak jak się stało, że dojechaliśmy
tam w dwie grupy. To trochę przytłumiło naszą radość z faktu,
że Camino de Santiago ukończyliśmy w całości, że jesteśmy na
miejscu, że...
Na szczęście po
odpoczynku, rozlokowaniu się w albergue i posiłku wszystko wróciło
do normy, czyli znowu tworzyliśmy jedną drużynę. Na spokojnie
zwiedzaliśmy to wspaniałe miejsce, był czas na modlitwę, trochę
samotności i wyciszenia, mogliśmy z wielką radością zgłosić
się z naszymi paszportami pielgrzyma w specjalne miejsce, gdzie
trzymaliśmy certyfikat ukończenia Camino - taka miła pamiątka po
łacinie oznaczona symbolami :)
No i przede wszystkim
byliśmy "obłapiać" figurę św. Jakuba. Piszę to trochę
żartobliwie, ale żeby to zrozumieć trzeba poznać nieco historii z
tym związanej, tradycji i zwyczajów, a ja sobie założyłam, że
tu jednak chcę do końca skupiona być na rowerowej części. Może
gdzie indziej poświęcę więcej czasu na opis zawierający
szczegóły całego mnóstwa "detali" jakie w drodze się
mija i tego, co jest w Santiago godne i warte zobaczenia i poznania.

Jestem wdzięczna Bogu i
ludziom z którymi tu dotarłam, tym, którzy pozostając w Rybniku
wspierali pamięcią i modlitwą, p. Henrykowi za... (za to, o czym
nie chciałby publicznie się chwalić, więc uszanuję i nie
napiszę). Szczególną wdzięczność czuję do Darka K. - jest
wiele powodów - to jemu w ogromnej mierze zawdzięczam to, że
pojechałam i... dojechałam (te mordercze treningi jakimi mnie
"katował" przed wyprawą - inaczej nie dałabym rady na
moim kiepskim rowerze, do tego jego kapłańska obecność, dzięki
której podczas Mszy św. każdego dnia czerpałam siłę nie tylko
dla ciała, ale i dla ducha, no i jeszcze to coś, co jest "więzią
rodzinną" - ale to również pozostawię dla siebie.
Z wielkim przekonaniem
mogę powiedzieć, że warto było przebyć taką trasę - jest warta
każdej kropli postu, każdej łzy zmęczenia, wszystkich obtarć,
bolących stawów, spieczonych pleców, obolałych nóg i
nadgarstków, niewygody podczas noclegów, przemoczonych ubrań
itd.... bo w całokształcie te niedogodności były niczym w
porównaniu z ogromem wspaniałych doświadczeń.
Mam nadzieję kiedyś
Camino powtórzyć - jak Pan Bóg da, a czas i finanse pozwolą.