sobota, 24 października 2015

jesienny wypad do Pławniowic

Taka rekreacja - jak to określił mój towarzysz.
To chyba jedna z najłatwiejszych i najprzyjemniejszych tras, bo praktycznie po płaskim a od Sośnicowic prawie cały czas polnymi terenami. Bardzo przyjemnie się jechało, praktycznie bez większego zmęczenia - pogoda i nastrój bardzo sprzyjały.
Pławniowice lubię, po drodze mijaliśmy miejsca w które jeżdziłam mieszkając jeszcze w Gliwicach - dużo wspomnień to u mnie wywołało...



Na miejscu mogliśmy zakosztować bardzo dobrej ciszy - wewnętrznej i zewnętrznej - bo i w małej kaplicy, i w parku - tu na ławce, w otoczeniu pięknej złotej polskiej jesieni, jakoś dobrze się rozmawiało - nawet jeśli tematy chwilami dotykały delikatnych spraw... 







To był jeden z takich bardzo dobrych dni - czegoś mnie nauczył, coś pokazał... na coś otworzył i przed czymś zamknął...

sobota, 29 sierpnia 2015

170 km? czemu nie...

Takie specyficzne zakończenie lata... choć mało brakowało a z powodów bardzo osobistych zrezygnowałabym z tego wyjazdu - czasem ciężko dogadać się z najbliższą osobą i odechciewa się wszystkiego... Ale najważniejsze, że jednak podjęłam męską decyzję i po nieprzespanej nocy wsiadłam na rower...

To był DYSTANS :D.... mój pierwszy taki w ciągu jednego dnia. Na mapce brakuje jeszcze 2 km kręcenia na miejscu pod domem, ale to pikuś przy pozostałych 170-ciu :D


Szkoda, ze nie ma zdjęć z trasy, była bardzo przyjemna. Najpierw droga przez Stodoły do Rud i dalej lasem na Kotlarnie i Starą Kuźnię. Po drodze odwiedzona Magdalenka i pozostałości po obozie zagłady w Sławęcicach.

Dalej to już Zalesie i w sumie aż do Góry św. Anny asfalt. Upał dawał się we znaki ale i tak cieszyło to, że się kręcą kółka dwa :)

Na Anabergu był odpoczynek, taki dłuższy - Msza św. i posiłek, a później drogami polnymi i szosą do Kadłuba. W tych polach to trochę się pogubiliśmy, GPS niepotrzebnie nas tam wpakował, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jadąc po kamieniach wszelakich przypominaliśmy sobie podobne wyboje jakie zaliczyliśmy raptem niespełna trzy miesiące wcześniej w Portugalii i Hiszpanii ;)

W Kadłubie spędziliśmy czas przy miłych rozmowach, pizzy i lodach, po czym trzeba było zbierać się w drogę powrotną, a kilometrów mieliśmy przed sobą sporo.

Trasa do Rybnika poleciała przez Strzelce Opolskie i Ujazd - szybko to minęło. Potem wjechaliśmy na szlak, jakim podążaliśmy rano i.... trochę pobłądziliśmy. Na szczęście nie było to jakieś szaleńczo wielkie okrążenie i szybko odnaleźliśmy drogę. W międzyczasie mój towarzysz złapał gumę i były obawy, czy dojedzie do końca - tu też Bogu dziękować upiekło się :)

Zmęczenie ogromne przyszło w Rudach... Złapaliśmy po 23-ciej lokal, w którym pracujące panie pozwoliły nam wypić gorąca herbatę. Niestety restauracja była nieczynna i przygotowywana na następny dzień więc o zjedzeniu czegoś nie było mowy. Dobrze że przynajmniej ta herbata była - to jednak dodało sił na tyle, ze nawet żartować sobie potrafiliśmy aż po sam Rybnik.

Powroty z roweru przed 1 w nocy jak widać weszły nam w ostatnich miesiącach w krew, bo i tym razem tak właśnie zlądowałam w domu. W sumie to zmęczenie jakby zmalało, kiedy jeszcze pod Biedronką robiliśmy na parkingu kółeczka rozmawiając. Księżyc świecił w pełni i właściwie to nawet nie chciało się spać... No ale rozsądek musiał zwyciężyć a doświadczenie podpowiadało, ze nawet jeśli nie czuje się bólu przejechanych kilometrów w danej chwili, to po odpoczynku może dopiero się zacząć...


WSPANIAŁY to był dzień. Jeden z takich, jakie na zawsze zachowam w sercu i pamięci. A dystans jednak nie taki straszny - myślę, że jestem w stanie dziennie pokonać 200km i będę chciała przymierzać się do takich w jakiejś większej wyprawie po płaskim terenie.

sobota, 22 sierpnia 2015

Letni wypad do Hlucina

Taki ciepły, przyjemny letni dzień koniecznie trzeba było wykorzystać na jakąś interesującą rowerową trasę. Hlucin od dawna mnie nęcił, no więc nareszcie przyszła okazja :D 

Pierwszy etap to wyjechać z terenów zabudowanych a potem to już "jak po maśle" - po drodze trzeba było wdrapać się oczywiście na czołg w Darkovicach a na miejscu okrążyć jezioro (woda była niesamowicie czysta, słońce przygrzewało i mimo iż to nie sezon na kąpiele, miałam wielką ochotę żeby w tą wodę wejść.... niestety na ochocie się skończyło, bo nie byłam na to przygotowana....




W drodze powrotnej trochę pomieszała się trasa, ale wszystko wyszło na dobre - dzień bardzo udany, taki
ciepły... pod wieloma względami. Ten czas pozostanie w mojej pamięci - szczególnie kilka "drobiazgów", które owo ciepło wlewały w serce. Ale to zachowam dla siebie... 
Jakoś tym razem nie chciało mi się więcej zdjęć robić - ale pewnie nie był to ostatni pobyt w tym uroczym miejscu, więc wszystko do nadrobienia - bo trasa prosta, przyjemna i możliwa do pokonania dla większości 

piątek, 7 sierpnia 2015

a tak w środku lata....

Decyzja żeby pojechać do Ogrodów Kapias zapadła tak chyba bardziej z pragnienia serca niż z rozsądnego przemyślenia... Dlaczego? To proste... Środek wyjątkowo upalnego lata, temperatura mogła zagotować krew w żyłach, możliwości czasowe mające ograniczenie porą koniecznego powrotu przedwieczornego...

To było istne szaleństwo... Ale warte zmęczenia, spalonych słońcem pleców (moich oczywiście - na szczęście miałam pomocnego towarzysza, który zawsze jest przygotowany na podobne ewentualności i wszystkie spieczenia zostały w mgnieniu oka posmarowane odpowiednim specyfikiem)

Po dotarciu na miejsce przyjemnie było odpocząć spacerując po ogrodach - choć dla mnie było to za krótko. Dla ochłody nawodniliśmy się sokiem prosto z lodówki - takim bardzo naturalnym bo wyciskanym a nie z kartoników, zjedliśmy coś na słodko i trzeba było wracać.

W drodze powrotnej GPS poprowadził nas tak dziwnie, że znaleźliśmy się.... prosto nad brzegiem wód zbiornika w Goczałkowicach. Przy okazji gdzieś na polnej drodze mój towarzysz złapał gumę i to dość fatalnie, bo duży ostry przedmiot docierając do dętki najpierw zrobił niezłą dziurę w oponie, w której mocno się zakleszczył. Zaowocowało to dość ciekawym doświadczeniem wymiany dętki - a to z kilku powodów - podzielę się tylko jednym: nastąpiła ona na podwórzu jednego z gospodarstw tak "na zapukanie do drzwi"... chyba nam dobrze z oczu patrzyło, że nas tak przyjęli...

Ludzie miewają naprawdę dobre serca, bywają pomocni i bardzo życzliwi... No i dzięki temu mogłam doświadczyć, że nawet tak prozaiczna czynność, jak mocowanie opony na obręczy koła zbliża do siebie - drobnymi gestami, które pozostają w sercu.

Na wysokości Jankowic, czyli już praktycznie prawie "w domu", miałam solidny kryzys - upał i dużo jazdy pod górę spowolniło wydolność mojej "pompki" i musiałam porządnie odetchną w cieniu, żeby krążenie zaczęło współgrać z przepływem powietrza przez moje płuca.

Reszta drogi to już była formalność. Mój towarzysz zdążył, żeby zająć się swoimi obowiązkami a ja mogłam rozkoszować się chłodnym prysznicem i leżeniem w słodkim nieróbstwie, popijając piwo (zasłużyłam sobie po takim wyczynie)

To był wspaniały dzień - jeden z takich lepszych... choć bez "dokumentacji graficznej".


piątek, 3 lipca 2015

Łężczok nocą

Start był przed 21-szą, stała trasa na Łężczok - po drodze zatrzymaliśmy się w Pogrzebieniu przy punkcie widokowym na Bramę Morawską - świetne miejsce, jak na dłoni widać było całą okolicę - takie widoki budzą we mnie zawsze spokój - pola, łąki, lasy....  (trochę nas komary wkurzały, więc długo nie zabawiliśmy, ale było to i taki kilka miłych chwil)
Na Łężczok dotarliśmy już całkiem po ciemku, trochę kiepsko było widać ścieżki wśród tych gęstych drzew, troche błota było, ale to nieważne.... kiedy dotarliśmy do szerszej ścieżki, utwardzonej, księżyc świecił w pełni i odbijał się w tafli stawu, było ciepło i cicho  (no, może poza żabami...) BAJECZNIE!  Taki niesamowity SPOKÓJ. To dobre miejsce i czas na "nocne Polaków rozmowy" - klimat sprzyja takim dość osobistym odczuciom... Hm, resztę zachowam dla siebie....

Po północy ruszyliśmy spowrotem. W polach troche potraciliśmy się w trasie, ale tym razem GPS się spisał i tak prowadeni dotarliśmy w bliżej znajome tereny. 
Są takie miejsca, taki czas, takie sytuacje, że się do domu wracać  nie chce....
Mnie się nie chciało... 




poniedziałek, 15 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień IX

Caldas de Rei - Santiago de Compostela: dystans 43,64 km


I tak oto dobiega końca rowerowe wędrowanie szlakiem Św. Jakuba.

Dzień rozpoczął się dość przyjemnie, pogoda słoneczna, początek trasy bardzo sympatyczny. Ale w drodze zmęczenie minionych dni dało się we znaki. Upał nam dogrzał, szlak też okazał się dość stromy i wyboisty. Kilometrów nie było dużo, ale były wyjątkowo męczące... Większość czasu jechaliśmy w terenie i można było spodziewać się że będzie lżej, bo przecież drzewa chroniły przed słońcem, jednak to okazało się złudną nadzieją. 

Do tego jeszcze coś nam doskwierało... Otóż trochę późno wyjechaliśmy i to spowodowało mały zgrzyt wśród nas - bo część pędziła na "złamanie karku" a inni chcieli dotrzeć do Santiago spokojnie - tym bardziej, że nie wszyscy czuli się w tak dobrej formie jakby się można było spodziewać. Każdy miał swoje racje ale niepotrzebnie stało się tak jak się stało, że dojechaliśmy tam w dwie grupy. To trochę przytłumiło naszą radość z faktu, że Camino de Santiago ukończyliśmy w całości, że jesteśmy na miejscu, że...



Na szczęście po odpoczynku, rozlokowaniu się w albergue i posiłku wszystko wróciło do normy, czyli znowu tworzyliśmy jedną drużynę. Na spokojnie zwiedzaliśmy to wspaniałe miejsce, był czas na modlitwę, trochę samotności i wyciszenia, mogliśmy z wielką radością zgłosić się z naszymi paszportami pielgrzyma w specjalne miejsce, gdzie trzymaliśmy certyfikat ukończenia Camino - taka miła pamiątka po łacinie oznaczona symbolami :)

No i przede wszystkim byliśmy "obłapiać" figurę św. Jakuba. Piszę to trochę żartobliwie, ale żeby to zrozumieć trzeba poznać nieco historii z tym związanej, tradycji i zwyczajów, a ja sobie założyłam, że tu jednak chcę do końca skupiona być na rowerowej części. Może gdzie indziej poświęcę więcej czasu na opis zawierający szczegóły całego mnóstwa "detali" jakie w drodze się mija i tego, co jest w Santiago godne i warte zobaczenia i poznania.


Jestem wdzięczna Bogu i ludziom z którymi tu dotarłam, tym, którzy pozostając w Rybniku wspierali pamięcią i modlitwą, p. Henrykowi za... (za to, o czym nie chciałby publicznie się chwalić, więc uszanuję i nie napiszę). Szczególną wdzięczność czuję do Darka K. - jest wiele powodów - to jemu w ogromnej mierze zawdzięczam to, że pojechałam i... dojechałam (te mordercze treningi jakimi mnie "katował" przed wyprawą - inaczej nie dałabym rady na moim kiepskim rowerze, do tego jego kapłańska obecność, dzięki której podczas Mszy św. każdego dnia czerpałam siłę nie tylko dla ciała, ale i dla ducha, no i jeszcze to coś, co jest "więzią rodzinną" - ale to również pozostawię dla siebie.

Z wielkim przekonaniem mogę powiedzieć, że warto było przebyć taką trasę - jest warta każdej kropli postu, każdej łzy zmęczenia, wszystkich obtarć, bolących stawów, spieczonych pleców, obolałych nóg i nadgarstków, niewygody podczas noclegów, przemoczonych ubrań itd.... bo w całokształcie te niedogodności były niczym w porównaniu z ogromem wspaniałych doświadczeń.


Mam nadzieję kiedyś Camino powtórzyć - jak Pan Bóg da, a czas i finanse pozwolą.

niedziela, 14 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień VIII

Mougas - Caldas de Reis: dystans 95,50 km


Poranek bardzo pochmurny, deszcz wiszący nad głowami... Ale komu w drogę, temu....rower :) Tak jak wczoraj tak i dziś jechaliśmy w dużej części szlakiem prowadzącym wzdłuż linii oceanu. Ponownie mogliśmy cieszyć oczy widokiem skalistych wzgórz w wielu barwach i patrzeć na fale rozbijające się o wybrzeże.




Mijaliśmy naprawdę malownicze tereny prowincji Pontevedra. Szkoda, że nie zjechaliśmy choćby kawałeczek np. do stojącej bardzo blisko Latarni Faro Silleiro czy kawałek dalej, bliżej brzegu oceanu Faro Vello de Silleiro (pozostałości po starej latarni). Tyle że na tamtym etapie pogoda faktycznie nie zachęcała do zatrzymywania się, więc może kiedyś...

Na szczęście dalszy etap był niebo pogodniejszy. Przejechaliśmy Minor - rzekę, która dzieli gminy Nigran i Baiona i wjechaliśmy w niezwykle urokliwe miejsca (w sumie ciężko to nawet opisać - udało mi się w czasie jazdy trochę zdjęć z ręki pstryknąć, więc można zobaczyć o czym mowa). Przeogromnie żałuję, że przejechaliśmy rzekę zwykłym mostem a nie legendarnym romańskim mostem La Ramallosa, który jest prawdziwym średniowiecznym klejnotem tego regionu (ma bardzo interesująca historię, można poczytać w necie). Droga za mostem prowadziła niby przez teren zabudowany, ale był on tak skomponowany, że w połączeniu z rzeczkami, strumieniami, różnymi zielonymi zaułkami i stałym widokiem na ocean i później odcinek z plażą, stanowił idealne miejsce na to, by spędzić tam relaksujący urlop stacjonarny. Chyba poza tym rejonem nie spotkałam podobnego miejsca zarówno w Portugalii jak i Hiszpanii - ani wcześniej, ani później.





I tak sobie przyjemnie i spokojnie jadąc w zachwycie nad tym, co widziały oczy, dojechaliśmy do Vigo, gdzie zatrzymaliśmy się w porcie na postój - wiadomo; cywilizacja więc toalety, market, jedzenie :)

Spodobał mi się ten port - tym bardziej, że popatrzyłam sobie na niego z poziomu kilku pięter stojącego tam wysokiego centrum handlowego, gdzie niejeden z nas się udał (choć może nie każdy w tym samym celu) - chyba pierwszy raz nie czułam się zagubiona w całkiem obcym miejscu, na dodatek obcojęzycznym - nawet umiałam kilka osób zaczepić i zapytać o to, co chciałam znaleźć :)


Po tym krótkim odpoczynku pojechaliśmy w stronę Pontevedra. Tym razem był już asfalt, asfalt asfalt i zabudowania nie mające w sobie nic z poprzednich (czyli zero ciekawego do oglądania). W połowie drogi złapał nas solidny deszcz. Dość spory kawałek czasu czekaliśmy, żeby przynajmniej trochę zelżał, a później nieco zrezygnowani pojechaliśmy dalej. Na szczęście ulewa przeszła w mniejsze opady a potem całkiem się rozpogodziło - powietrze było na tyle ciepłe, że w czasie jazdy ubrania same w większości przeschły. Mnie chlupało jedynie w butach :)

Przez Ponteverda niestety tylko przejechaliśmy, bez zwiedzania tego szczególnego miejsca, choć są tam takie punkty, które uznano za "obowiązkowe" dla pielgrzymów na portugalskim Camino... Dla mnie to miejsce ma o tyle ważne znaczenie, że to właśnie w Pontevedra, w 1925 roku Maryja objawia Łucji treść nabożeństwa pierwszych sobót i wezwała do jego rozpowszechnienia. No ale tu przede wszystkim trzymaliśmy się programu ustalonego nie tyle jako pielgrzymka, co właściwie wyprawa - a to jak każdy traktował owo Camino to osobista rzecz. Gdzieś tam przy okazji zjedliśmy obiad i korzystając z przerwy w opadach deszczu pomknęliśmy dalej, aż do miejsca noclegowego, czyli do Caldas de Reis.



Tak zakończył się ostatni dzień przed przyjazdem do Santiago de Compostela.

Emocje przed przybyciem do celu są duże :)

sobota, 13 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień VII

Vila do Conde - Mougas: dystans 102,15 km


Poranek przywitał nas chmurami i deszczem. Zwinęliśmy się dość szybko, bo do godz. 8-mej musieliśmy opuścić miejsce noclegu. Z tego powodu Msza św została zaplanowana dopiero na wieczór.


Kolejną zmianą była osoba przewodnika - Kubę bolało kolano i zastąpił go Krzysiek - niestety zbyt długo nie pokręcił na rowerze, bo wjechało w niego auto i dość mocno strzaskał sobie kolano. Po opatrzeniu go dojechaliśmy pod market, skąd ponownie w drogę zabrał nas Kuba.


Dzisiejsza trasa prowadziła w większości asfaltem, więc pokonaliśmy większy odcinek niż zazwyczaj. Niestety pogoda nie sprzyjała. Było co prawda nieco rozpogodzeń, ale w całokształcie ciężko było zdążyć je odczuć. Na szczęście widoki które towarzyszyły jeździe wzdłuż oceanu rekompensowały deszczową aurę.



W Viana de Castelo skorzystaliśmy z fajnego lokalu z widokiem na plażę i ocean, i zjedliśmy obiad. To bardzo się przydało przed dalszą drogą. Ten dzień był obfity w zawracanie, zmienianie szlaku, małe błądzenie - ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - dzięki temu udało się nam zaoszczędzić jakieś 20 km, ponieważ dokładnie taki odcinek nadrobiliśmy korzystając z przeprawy promem zamiast zrobienia "kółeczka" szosą :) W ten sposób przekroczyliśmy granicę państwa - przepływając z miejscowości Caminha w Portugalii do miejscowości A Guarda w Hiszpanii.



Przejazd przez Galicję zachwycił mnie - piękny region, droga prawie po samo albergue prowadziła nad skalistym wybrzeżem Atlantyku, mijaliśmy małe miejscowości, malutkie plaże takie jak Praia Area Grande, dużo punktów widokowych - np Mirador de Tio Rincho, Miradoiro da Punta Bazar itd.


Od pewnego momentu aż do Albergue Turístico Aguncheiro w Mougas jechaliśmy w deszczu, był w pewnym momencie tak duży, że kiedy dojechaliśmy na miejsce byliśmy doszczętnie przemoczeni a jeszcze okazało się, ze dotarliśmy wcześniej niż Krzysiek samochodem z naszymi bagażami, więc czekaliśmy na niego tacy ociekający woda. Ale najważniejsze, że byliśmy na miejscu :) A albergue jest warte polecenia - dobre warunki, przytulne miejsce - tego potrzebowałam :)


Dzień zakończyliśmy Mszą św. - wykąpani, w suchych ubraniach, rozgrzani i zadowoleni.

piątek, 12 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień VI

Oliveira de Azeméis - Vila do Conde: dystans 90,22 km


Tym razem wstaliśmy dość wcześnie. Poranna Msza św. i w drogę :) Ten dzień szczególnie powierzyłam Sercu Jezusa, zarówno z racji święta, jak i swojej osobistej potrzeby.
Droga była przyjemna, bez specjalnie męczących etapów – kilka podjazdów zaliczone, ale nie jakoś morderczo trudnych. Najwyższy punkt to był chyba most w Porto, mniej więcej w połowie dnia.

Właściwie to był to dzień jazd przez miasta, miasteczka... czyli w sumie asfalt. Ale nie tylko – w tamtych rejonach stwierdzam, że króluje kostka brukowa, która dała się we znaki – mnie szczególnie, nawet sobie zażartowałam, że odbywam pokutę za wszystkie swoje grzechy :)

Porto – CUDOWNE miasto, zrobiło na mnie przeogromne wrażenie, zarówno jeśli chodzi o położenie i zabudowania, jak i okolice ze wspaniałymi widokami. Tutaj spędziliśmy dość dużo czasu – choć na takie miejsce zdecydowania za mało :) Tu kiedyś chciałabym spędzić przynajmniej dwa ni i zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać – oczywiście na rowerze :) Tym razem mogliśmy zachwycać się widokami z mostu – panorama rozciągającą się na port, elementy starych murów, rzekę Duero, która później poprowadziła nas brzegiem aż do Atlantyku. Podziwialiśmy widok na miasto i ocean z Farolins da Barra do Douro, kawałek dalej wspaniale wyglądała Latarnia Morska Farol de Felgueiras. W centrum udało się zjeść obiad (choć McDonald to zdecydowane nie moje ulubione miejsce na posiłki), objechać kilka cudownych uliczek (choć tej znanej z parasolami nie udało się odszukać, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu), odwiedziliśmy port i mogliśmy tym razem od dołu spojrzeć na budynki i most z którego wcześniej spoglądaliśmy w dół. O Porto można byłoby pisać, pisać, pisać.... ale tutaj to jednak nie miejsce na to.







Od Porto nasza trasa prowadziła wzdłuż Oceanu Atlantyckiego – bardzo podobały mi się okoliczne detale, takie jak choćby Jardim Senhor do Padrao – malutki ogród, czy raczej skwer z zielenią i łukiem który skojarzył mi się jakoś z podobnym, tyle że większym, bardziej znanym i znajdującym się we Włoszech :) Ciekawy był odcinek, kiedy jechaliśmy po drewnianych kładkach przypominających molo ale takie w terenie a nie idące w głąb morza czy oceanu – był to urokliwy fragment naszej trasy. niestety z racji tego, że owa ścieżka otwarta była tylko do pewnego momentu, końcówkę przebyliśmy już w oddali od oceanu, walcząc z wspomnianą już wcześniej kostką brukową.






I tak dotarliśmy na kolejny nocleg, tym razem w niezbyt ciekawy i przyjemny, bo u strażaków w Vila do Conde, którzy udostępnili nam podłogę w jednej dużej sali sportowej... 

Wieczorem zasiedliśmy do wspólnego niezdrowego objadania się chipsami i picie czerwonego wina, na które skusił się nawet Darek K(siądz). I to byłby taki miły akcent tego noclegu, chyba jedyny – bo wcześniej raczej posiłki sobie w małych grupkach jedliśmy, nigdy wszyscy razem, a taka integracja niesie ze sobą zawsze coś dobrego. 


Ja stamtąd, z tego wieczoru zachowam w pamięci jedno ważne dla mnie wspomnienie, o którym nie napiszę – ono jest głęboko w moim sercu...