sobota, 17 czerwca 2017

Weekend w Kamieniu Śląskim

Rybnik - Anaberg - Kamień Śląski: trasa już na pamięć znana, ale lubię nią jeździć. Dlatego też w piękny dzień uroczystości Bożego Ciała spakowałam sakwy i tyle mnie było.

Pogoda była wyśmienita! Słonecznie, ciepło ale nie upalnie. Przynajmniej nie w lasach:) W tych głównych punktach trasy (Zalew, Rudy) było trochę ludzi - z racji wolnego dnia, ale w głąb to w sumie prawie pustka...

Gdzieś po drodze odpoczynek i obiad, który tylko ugotowałam w4 domu i zabrałam ze sobą, potem przystanek w Magdalence (wcześniej jeszcze oczywiście ławka zakochanych - mam do niej pewien sentyment). Przy Magdalence trochę pogawędziłam z bardzo sympatycznym panem, z którym trafiło mi się po drodze już wcześniej kilka słów wymienić.









Do Leśniowa i dalej szosą - tu słońce faktycznie nieco mnie umordowało, tym bardziej, że miałam sakwy obładowane tym, co najpotrzebniejsze na najbliższe dwa dni.

Na Górę Św. Anny wkręciłam na spokojnie i aż się dziwiłam, że wcześniej tak się męczyłam z ostatnim podjazdem... Jednak zmiana roweru daje się odczuć - nawet jeśli grubość opon i szosa nieco się gryzą... Ale mniejsza z tym.

W tym pięknym zakątku miałam zaplanowany dłuższy czas,
bo chciałam łyknąć... modlitwy i kawy :D Przy okazji zaliczyłam mega pysznego gofra z bitą śmietaną no i potem to już dosłownie kawałeczek do Kamienia - tym razem droga z górki :D






  
Ten ostatni odcinek trwał jednak nieco, gdyż ponieważ.... wszystko naokoło budziło we mnie achy i ochy - przez to co kawałek stawałam nie mogąc nasycić się... zielenią i kwiatami wśród pól, pieszczotą popołudniowego słońca, śpiewem ptaków, wszystkimi odgłosami które powoli zaczynały przypominać że zbliża się lato w pełni.





Dni spędzone w Kamieniu były naprawdę przyjemne. Niestety pogoda zmieniła się całkowicie i wracałam w deszczu. Do tego od 40 km z bólem kolana, a od Rud to sama się dziwie, że jednak jechałam

Był taki odcinek, że dość mocno lało - i chyba wtedy szczególnie Opatrzność nade mną czuwała, bo raz dwa mogłam zjechać pod zadaszenie przy zabudowaniach Nadleśnictwa Kędzierzyńskiego, dosłownie kawałek od Starej Kuźni. Tam na spokojnie zjadłam, napiłam się i przebrałam się w coś suchego (przezornie zapakowałam specjalnie na tę okazję rzeczy). Kiedy deszcz nieco zelżał, ruszyłam dalej.






Oczywiście po drodze, mimo warunków atmosferycznych wielce nieprzyjaznych, nie mogłam sobie podarować postoju w pewnym ładnym miejscu, które bardzo lubię - co zresztą na zdjęciach widać :) A pozwolić sobie na to mogłam, ponieważ za Kotlarnią deszcz przestał padać, więc już mnie nie moczył - jedynie porywisty wiatr sprawiał, że gałęzie drzew dość mocno tańczyły nad moją głową i jakoś tak złowieszczo skrzypiały...








Do domu dotarłam - to najważniejsze. A że obolała i jakoś wyjątkowo zmęczona? E, od tego się nie umiera :D Rower ubłocony masakrycznie, ja nie lepiej wyglądająca. No nic, gorąca kąpiel, ciuchy do pralki, rower do "garażu" (czyli na balkon) i.... luz blus.

niedziela, 11 czerwca 2017

Palowice - w poszukiwaniu domku Shreka.

No i wreszcie się skusiłam i ja. Już z tylu stron dochodziły do mnie zachwyty nad Palowicami, że trzeba było to sprawdzić osobiście :)

Początkowy etap drogi znałam prawie że na pamięć, bo często jeżdżę w te okolice na przyjemne objazdówki. Przy Papieroku zrobiłam sobie mały postój na kilka achów i ochów nad przyrodą.







Nad palowickie stawy dotarłam po kilkukrotnym "skopaniu" GPS-a, który wyprowadzał mnie w dziwne miejsca, wymuszające zawracanie. Ale warto było. To niesamowite że zachowały się takie miejsca, w których nie ma brudu, cywilizowanego syfu, tłumu "niedzielnych turystów" z grilami, piwem itp. 










Niezwykle malownicze miejsca - co prawda objechałam teren inaczej niż chciałam i poszukiwanej chatki nie znalazłam (choć na mapię teraz widzę, że byłam obok...) to jednak uznaję dzień za bardzo udany :) Lubię takie tereny - lasy, stawy, szutrowe drogi... natura i ja pasujemy do siebie ;) Następnym razem będę lepiej przygotowana i objadę więcej tych stawów - bo z mapy wychodzi, że pominęłam sporo.


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Mój ulubiony Łężczok

Fantastyczny dzień! Zaplanowałam sobie dłuuuugą drogę i.... :)


Zaopatrzona w odpowiednią ilość nawodnienia, dodatkową koszulkę na wszelką ewentualność, kanapki, jabłka i oczywiście coś słodkiego, ruszyłam w stronę Rydułtów, Czernicy aż do Lysek - tam na skraju lasu kilka chwil odpoczęłam, sprawdziłam dalszą część trasy i potem to już prosto w moje ulubione miejsce.






Tu spędziłam trochę czasu - tak wśród zieleni, ptaków, wody... Miałam o czym myśleć - może nawet coś tam mi się przypominało sprzed (! to już) dwóch lat... Na jednym z bali jest taki napis, ktoś kiedyś odczytał mi go - w dość znaczący sposób...
Potrzebowałam tego czasu - na pogadanie sama ze sobą, na przebywanie w spokojnej obecności Stwórcy wszystkiego, co naokoło, na... Dobra, koniec tej sentymentalnej paplaniny!
Przed dalszą drogę uzupełniłam elektrolity i kalorie, przy okazji zamieniłam kilka zdań z sympatycznym panem, który chwilę wcześniej niej też tu przyjechał no i udałam się w kierunku Raciborza. 


Zrobiłam sobie małą objazdówkę po mieście (tym razem nie zaliczyłam pysznych lodów na Rynku, ale samej jakoś mi się nie chciało...) no i z ciekawością ruszyłam na Nieboczowy - te stare, wysiedlone - tyle nasłuchałam się, ze miałam zamiar zobaczyć osobiście.




Nieboczowy sprawiła na mnie wrażenie przygnębiające - nie zdobyłam się na zrobienie choćby jednego zdjęcia.... No i najgorsze było to, że trafiłam tam akurat w momencie, kiedy wyburzali kościół - jego pozostałość, której nie strawił wcześniejszy pożar... Potwornie smutne to było... Kiedy mijałam wszystkie te domy ziejące pustka prawie czułam ból ludzi, którzy byli zmuszeni je opuścić... Wyobrażałam sobie, że jeszcze niedawno w tych ogródkach babcie plewiły grządki, dzieci biegały po trafie, kobiety wieszały na podwórzach pranie, mężczyźni rąbali drzewa..... Naprawdę dziwne uczucie.... Ech....

Stamtąd pojechałam już prosto na Buków, Syrynię, Pszów. Gdyby nie to, że od Bukowa bolało mnie kolano z odnowioną kontuzją, to jakieś 50 km jeszcze bym mogła - fantastyczny dzień, cudna pogoda, mega energia do jazdy.