Takie specyficzne zakończenie lata...
choć mało brakowało a z powodów bardzo osobistych zrezygnowałabym
z tego wyjazdu - czasem ciężko dogadać się z najbliższą osobą
i odechciewa się wszystkiego... Ale najważniejsze, że jednak
podjęłam męską decyzję i po nieprzespanej nocy wsiadłam na
rower...
To był DYSTANS :D.... mój pierwszy
taki w ciągu jednego dnia. Na mapce brakuje jeszcze 2 km kręcenia na miejscu
pod domem, ale to pikuś przy pozostałych 170-ciu :D
Szkoda, ze nie ma zdjęć z trasy, była
bardzo przyjemna. Najpierw droga przez Stodoły do Rud i dalej lasem
na Kotlarnie i Starą Kuźnię. Po drodze odwiedzona Magdalenka i
pozostałości po obozie zagłady w Sławęcicach.
Dalej to już Zalesie i w sumie aż do
Góry św. Anny asfalt. Upał dawał się we znaki ale i tak cieszyło
to, że się kręcą kółka dwa :)
Na Anabergu był odpoczynek, taki
dłuższy - Msza św. i posiłek, a później drogami polnymi i szosą
do Kadłuba. W tych polach to trochę się pogubiliśmy, GPS
niepotrzebnie nas tam wpakował, ale nie ma tego złego, co by na
dobre nie wyszło, bo jadąc po kamieniach wszelakich przypominaliśmy
sobie podobne wyboje jakie zaliczyliśmy raptem niespełna trzy
miesiące wcześniej w Portugalii i Hiszpanii ;)
W Kadłubie spędziliśmy czas przy
miłych rozmowach, pizzy i lodach, po czym trzeba było zbierać się
w drogę powrotną, a kilometrów mieliśmy przed sobą sporo.
Trasa do Rybnika poleciała przez
Strzelce Opolskie i Ujazd - szybko to minęło. Potem wjechaliśmy na
szlak, jakim podążaliśmy rano i.... trochę pobłądziliśmy. Na
szczęście nie było to jakieś szaleńczo wielkie okrążenie i
szybko odnaleźliśmy drogę. W międzyczasie mój towarzysz złapał
gumę i były obawy, czy dojedzie do końca - tu też Bogu dziękować
upiekło się :)
Zmęczenie ogromne przyszło w
Rudach... Złapaliśmy po 23-ciej lokal, w którym pracujące panie
pozwoliły nam wypić gorąca herbatę. Niestety restauracja była
nieczynna i przygotowywana na następny dzień więc o zjedzeniu
czegoś nie było mowy. Dobrze że przynajmniej ta herbata była - to
jednak dodało sił na tyle, ze nawet żartować sobie potrafiliśmy
aż po sam Rybnik.
Powroty z roweru przed 1 w nocy jak
widać weszły nam w ostatnich miesiącach w krew, bo i tym razem tak
właśnie zlądowałam w domu. W sumie to zmęczenie jakby zmalało,
kiedy jeszcze pod Biedronką robiliśmy na parkingu kółeczka
rozmawiając. Księżyc świecił w pełni i właściwie to nawet nie
chciało się spać... No ale rozsądek musiał zwyciężyć a
doświadczenie podpowiadało, ze nawet jeśli nie czuje się bólu
przejechanych kilometrów w danej chwili, to po odpoczynku może
dopiero się zacząć...
WSPANIAŁY to był dzień. Jeden z
takich, jakie na zawsze zachowam w sercu i pamięci. A dystans jednak
nie taki straszny - myślę, że jestem w stanie dziennie pokonać
200km i będę chciała przymierzać się do takich w jakiejś
większej wyprawie po płaskim terenie.




