sobota, 29 sierpnia 2015

170 km? czemu nie...

Takie specyficzne zakończenie lata... choć mało brakowało a z powodów bardzo osobistych zrezygnowałabym z tego wyjazdu - czasem ciężko dogadać się z najbliższą osobą i odechciewa się wszystkiego... Ale najważniejsze, że jednak podjęłam męską decyzję i po nieprzespanej nocy wsiadłam na rower...

To był DYSTANS :D.... mój pierwszy taki w ciągu jednego dnia. Na mapce brakuje jeszcze 2 km kręcenia na miejscu pod domem, ale to pikuś przy pozostałych 170-ciu :D


Szkoda, ze nie ma zdjęć z trasy, była bardzo przyjemna. Najpierw droga przez Stodoły do Rud i dalej lasem na Kotlarnie i Starą Kuźnię. Po drodze odwiedzona Magdalenka i pozostałości po obozie zagłady w Sławęcicach.

Dalej to już Zalesie i w sumie aż do Góry św. Anny asfalt. Upał dawał się we znaki ale i tak cieszyło to, że się kręcą kółka dwa :)

Na Anabergu był odpoczynek, taki dłuższy - Msza św. i posiłek, a później drogami polnymi i szosą do Kadłuba. W tych polach to trochę się pogubiliśmy, GPS niepotrzebnie nas tam wpakował, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jadąc po kamieniach wszelakich przypominaliśmy sobie podobne wyboje jakie zaliczyliśmy raptem niespełna trzy miesiące wcześniej w Portugalii i Hiszpanii ;)

W Kadłubie spędziliśmy czas przy miłych rozmowach, pizzy i lodach, po czym trzeba było zbierać się w drogę powrotną, a kilometrów mieliśmy przed sobą sporo.

Trasa do Rybnika poleciała przez Strzelce Opolskie i Ujazd - szybko to minęło. Potem wjechaliśmy na szlak, jakim podążaliśmy rano i.... trochę pobłądziliśmy. Na szczęście nie było to jakieś szaleńczo wielkie okrążenie i szybko odnaleźliśmy drogę. W międzyczasie mój towarzysz złapał gumę i były obawy, czy dojedzie do końca - tu też Bogu dziękować upiekło się :)

Zmęczenie ogromne przyszło w Rudach... Złapaliśmy po 23-ciej lokal, w którym pracujące panie pozwoliły nam wypić gorąca herbatę. Niestety restauracja była nieczynna i przygotowywana na następny dzień więc o zjedzeniu czegoś nie było mowy. Dobrze że przynajmniej ta herbata była - to jednak dodało sił na tyle, ze nawet żartować sobie potrafiliśmy aż po sam Rybnik.

Powroty z roweru przed 1 w nocy jak widać weszły nam w ostatnich miesiącach w krew, bo i tym razem tak właśnie zlądowałam w domu. W sumie to zmęczenie jakby zmalało, kiedy jeszcze pod Biedronką robiliśmy na parkingu kółeczka rozmawiając. Księżyc świecił w pełni i właściwie to nawet nie chciało się spać... No ale rozsądek musiał zwyciężyć a doświadczenie podpowiadało, ze nawet jeśli nie czuje się bólu przejechanych kilometrów w danej chwili, to po odpoczynku może dopiero się zacząć...


WSPANIAŁY to był dzień. Jeden z takich, jakie na zawsze zachowam w sercu i pamięci. A dystans jednak nie taki straszny - myślę, że jestem w stanie dziennie pokonać 200km i będę chciała przymierzać się do takich w jakiejś większej wyprawie po płaskim terenie.

sobota, 22 sierpnia 2015

Letni wypad do Hlucina

Taki ciepły, przyjemny letni dzień koniecznie trzeba było wykorzystać na jakąś interesującą rowerową trasę. Hlucin od dawna mnie nęcił, no więc nareszcie przyszła okazja :D 

Pierwszy etap to wyjechać z terenów zabudowanych a potem to już "jak po maśle" - po drodze trzeba było wdrapać się oczywiście na czołg w Darkovicach a na miejscu okrążyć jezioro (woda była niesamowicie czysta, słońce przygrzewało i mimo iż to nie sezon na kąpiele, miałam wielką ochotę żeby w tą wodę wejść.... niestety na ochocie się skończyło, bo nie byłam na to przygotowana....




W drodze powrotnej trochę pomieszała się trasa, ale wszystko wyszło na dobre - dzień bardzo udany, taki
ciepły... pod wieloma względami. Ten czas pozostanie w mojej pamięci - szczególnie kilka "drobiazgów", które owo ciepło wlewały w serce. Ale to zachowam dla siebie... 
Jakoś tym razem nie chciało mi się więcej zdjęć robić - ale pewnie nie był to ostatni pobyt w tym uroczym miejscu, więc wszystko do nadrobienia - bo trasa prosta, przyjemna i możliwa do pokonania dla większości 

piątek, 7 sierpnia 2015

a tak w środku lata....

Decyzja żeby pojechać do Ogrodów Kapias zapadła tak chyba bardziej z pragnienia serca niż z rozsądnego przemyślenia... Dlaczego? To proste... Środek wyjątkowo upalnego lata, temperatura mogła zagotować krew w żyłach, możliwości czasowe mające ograniczenie porą koniecznego powrotu przedwieczornego...

To było istne szaleństwo... Ale warte zmęczenia, spalonych słońcem pleców (moich oczywiście - na szczęście miałam pomocnego towarzysza, który zawsze jest przygotowany na podobne ewentualności i wszystkie spieczenia zostały w mgnieniu oka posmarowane odpowiednim specyfikiem)

Po dotarciu na miejsce przyjemnie było odpocząć spacerując po ogrodach - choć dla mnie było to za krótko. Dla ochłody nawodniliśmy się sokiem prosto z lodówki - takim bardzo naturalnym bo wyciskanym a nie z kartoników, zjedliśmy coś na słodko i trzeba było wracać.

W drodze powrotnej GPS poprowadził nas tak dziwnie, że znaleźliśmy się.... prosto nad brzegiem wód zbiornika w Goczałkowicach. Przy okazji gdzieś na polnej drodze mój towarzysz złapał gumę i to dość fatalnie, bo duży ostry przedmiot docierając do dętki najpierw zrobił niezłą dziurę w oponie, w której mocno się zakleszczył. Zaowocowało to dość ciekawym doświadczeniem wymiany dętki - a to z kilku powodów - podzielę się tylko jednym: nastąpiła ona na podwórzu jednego z gospodarstw tak "na zapukanie do drzwi"... chyba nam dobrze z oczu patrzyło, że nas tak przyjęli...

Ludzie miewają naprawdę dobre serca, bywają pomocni i bardzo życzliwi... No i dzięki temu mogłam doświadczyć, że nawet tak prozaiczna czynność, jak mocowanie opony na obręczy koła zbliża do siebie - drobnymi gestami, które pozostają w sercu.

Na wysokości Jankowic, czyli już praktycznie prawie "w domu", miałam solidny kryzys - upał i dużo jazdy pod górę spowolniło wydolność mojej "pompki" i musiałam porządnie odetchną w cieniu, żeby krążenie zaczęło współgrać z przepływem powietrza przez moje płuca.

Reszta drogi to już była formalność. Mój towarzysz zdążył, żeby zająć się swoimi obowiązkami a ja mogłam rozkoszować się chłodnym prysznicem i leżeniem w słodkim nieróbstwie, popijając piwo (zasłużyłam sobie po takim wyczynie)

To był wspaniały dzień - jeden z takich lepszych... choć bez "dokumentacji graficznej".