sobota, 17 listopada 2018

Pierwsze przymrozki

Bardzo się cieszę, że sobie taka małą sobotnią przejażdżkę po śniadaniu zrobiłam. Lekki mrozik i słońce to było idealne połączenia. Skrzydeł dodało mi pewne spotkanie... było krótkie ale jestem ogromnie zadowolona, że się stało :)
Mało zdjęć robiłam, bo raz, ze nie chciało mi się z roweru schodzić a dwa - rękawiczki to jednak nieco uciążliwe są kiedy trzeba obsługiwać telefon (po wcześniejszym wygrzebaniu go z miejsca bezpiecznego spoczynku).

Myślę, że dzisiaj to sobie tak tu plotę trzy po trzy, ale w sumie nie mam wiele do opowiedzenia.
Wspomnieć mogę postój w punkcie widokowym w Pogrzebieniu. A reszta? Po prostu mijała przyjemnie :)







sobota, 22 września 2018

Wietrznie....

Ochota była na więcej, ale od trzech dni mam uszny problem... taki zawiany, że ho ho! (chyba czas pomyśleć o laryngologu) - no i z uwagi na to, po wpakowaniu odpowiedniej ilości waty w bolące miejsce, okrążyłam tylko "swój" teren. Ale było całkiem przyjemnie.

Zdecydowanie taka pogoda jest lepsza, niż dobijające upały (ok, ok - wiatr mógłby nie wiać prosto w twarz i to z siłą spychającą z drogi....).

Zaliczyłam różne możliwe drogi, bo najpierw asfalt szos, później polny szuter, a najlepsza to była ta w górę i w dół pomiędzy korzeniami drzew :)

Posiedziałam kilka chwil w swoim zaciszu, nacieszyłam oczy widokami przed i po (dzisiaj wspaniale było widać pasmo gór z odległości pól) i grzecznie wróciłam do domu....

Żal mi trochę tego popołudnia, bo mimo iż teraz obrzydliwie zimno i szaro (idzie deszcz jak nic), to wcześniej świeciło urocze słońce.... Ale rozsądek jednak zwyciężył - nie mogę sobie pozwolić na chorowanie....

W sumie dzień i tak uznaję za dobry, cieszę się z tego, co mogłam i to najważniejsze :)

niedziela, 16 września 2018

Człowiek planuje a koło swoje ;)

Miałam pyknąć małą dwudziestkę i wrócić... No ale... ;)
Właściwie to planowałam pojechać na Balaton, poszaleć nieco na trasach przygotowanych akuratnie pod mój sprzęt. Planowałam... Ale po drodze jakoś się zamyśliłam nad czymś i... nagle znalazłam się w Mszanie na moście... :D :D :D
No dobra, niech będzie.... kawałek dalej powitała mnie tabliczka - taka niebieska - i oświadczyła, że jestem w powiecie i mieści pt Jastrzębie Zdrój :)
CZEMU NIE...
Właściwie to już od jakiegoś czasu plułam sobie w brodę, że Park Zdrojowy tak blisko, taki ładny, taki ciekawy a ja wciąż jeszcze tam nie zajechałam...
No i się stało - hurra, hurra!
W sumie to warto czasem tak pojechać przed siebie "bezmyślnie" :D
Pojeździłam sobie po parku, wypiłam MEGA pyszną kawę mrożoną, pstryknęłam kilka zdjęć, wysłałam kilka pozdrowień i pojechałam dalej.




Pogoda dopisała dziś genialnie, więc sobie obmyśliłam, że dogadam się z wujkiem google i pozwolę, żeby poprowadził mnie do domu drogą okrężnie nową :)
JAKA to była droga.... Ktoś kto lubi jechać prędko nie mógłby być dziś moim towarzyszem, bo straciłby cierpliwość przy moich „achach” i „ochach”.... widok gór był powalający – coś wspaniałego! Jechałam no i po prostu MUSIAŁAM co chwilę odwracać się za siebie i patrzeć, patrzeć patrzeć... :D niestety zdjęcie zrobione telefonem absolutnie nic nie pokazały :( wielka szkoda...



Po drodze postanowiłam, że wujkowi google podziękuję za współpracę i w Turzy Śląskiej go pożegnałam :) I to była BARDZO dobra decyzja, ponieważ jak tylko pojechałam inna trasą niż wcześniej chciał wujek, to po 5 minutach dojechałam do miejsca, które samo chyba mnie do siebie przyciągnęło.... TAK BARDZO potrzebowałam tych 30 minut (mniej więcej tyle)... w ciszy, oddychając powietrzem pachnącym modlitwą przytuloną do każdego kawałka ścian i ławek...






Z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej pojechałam takimi uroczymi bocznymi uliczkami prosto do Pszowa no a stamtąd to już mały myk i.... dotarłam do domu.
Między Turzą a Pszowem mijałam kilka ciekawych miejsc, między innymi stary cmentarz. Teraz żałuję, że nie zatrzymałam się żeby wejść i tez to uwiecznić na foto – ale przynajmniej mam powód, żeby wrócić – a to zrobię na 100%, bo trasa byłam ŚWIETNA!
Aż dziw, że do tej pory nie znałam jej – ale tak to jest, jak człowiek jeździ tylko znajomymi drogami i w podobnych kierunkach, podczas gdy NOWE okazuje się z wielu powodów LEPSZE ;)
(powody jednak zachowam dla siebie, choć dziś jeden z nich mijałam - taki "opakowany" w czerwoną blachę - FATUM jakieś chyba, czy co??? - z czego w sumie powinnam być zadowolona, ponieważ w efekcie nastąpiło owo zamyślenie jakie powiodło mnie drogą przed siebie :D )

Udany dzień, bardzo – i to od samego wczesnego poranka, kiedy mgły jeszcze były w fazie opadania na uśpioną ziemię :) Ale to nie miejsce na podobne nie-rowerowe refleksje, więc zakończę mój kronikarski wpis :D :D :D



Ach, zapomniałabym... pod domem jeszcze skręciłam i zrobiłam małe kółko przez Niedobczyce, prosto do Parku Czempiela, zerknąć czy coś ciekawego się dzieje, bo to 800-lecie tej dzielnicy Rybnika. Nie było nic, co by mnie zainteresowało, więc nie przysiadłam nawet na chwilę. No i już mnie nieco żołądek upominał, że pora na obiadokolację.... ;)
Więc jestem w domu (wiem, zdania nie zaczyna się od "więc" ;) ) i byyyyczę się  :D :D :D oczywiście ładnie opisując dzisiejszą mini wycieczkę.

środa, 12 września 2018

Wolny środek tygodnia


Już wczoraj wiedziałam, że dzisiejszy dzień spędzę w terenie. Nie miałam jakoś sprecyzowanych planów. Gdzieś tam po głowie chodziła mi Pszczyna, Paprocany, Goczałkowice... Ale do końca nie byłam pewna. Aż do czasu, kiedy ruszyłam w drogę i dojechałam do Żor :) Wyjątkowo szybko mi to przyszło - może to nastrój, może obfitość przemyśleń jakie towarzyszą mi ostatnio, kiedy siadam na rower... Dziś wyjątkowo nie minęłam tego miasta ale wjechałam na Rynek, gdzie kilka chwil posiedziałam ciesząc się słońcem, spokojem i ... karuzelą :)



Ruszając dalej już wiedziałam, że w pierwszej kolejności pojadę na Paprocany - ostatnio bardzo mi się tam podobało, choć wtedy ominęła mnie kąpiel (sinice królowały w wodzie). Jadąc zatrzymałam się przy takim charakterystycznym Twingpigs. Z zewnątrz przyznam, że jest to zachęcające miejsce, choć cena za wejście skutecznie mnie stopuje :)




Dalsza droga, była dla mnie prawie w całości dopiero odkrywana, bo poprzednio jechałam nieco inną trasą, ale dziś postanowiłam nie pchać się w lasy (pamiętałam jak ostatnio błądziłam w gąszczu, klnąc na mapy google....). Przyznam, że te główne ulice wcale nie są takie złe, nawet z samochodami pędzącymi czasem zbyt blisko... 
Na Paprocany dotarłam ekspresem - sama się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam, że to już - nawet nie poczułam tych 50 km. W trasie jakoś cały czas gębusia mi się uśmiechała przez świadomość dobrej kondycji, nastroju, pogody, itd



Po objechaniu części zbiornika skoczyłam do pobliskiego wodopoju (czyli sklepu). Jak już byłam szczęśliwą właścicielka dwóch litrowych kartonów napoju Tymbark o smaku jabłka i mięty, to rozłożyłam się na deskach deptaka i totalnie wyluzowałam - taki prawdziwy chillout :)





Kolejnym etapem była Pszczyna. Jadąc tam (przyznaję się bez bicia) złamałam przepisy drogowe, ponieważ pewien odcinek jechałam drogą szybkiego ruchu, przy której dwa razy minęłam znak zakazu poruszania się pojazdów konnych i....rowerów. No ale właściwie to nie było za bardzo gdzie zjechać (tak sobie to musiałam wytłumaczyć). Jednak po minięciu drugiego zakazu już rozglądałam się za jakimś bocznym wyjściem z sytuacji i przy pierwszej nadarzającej się okazji zjechałam w wiochę. Szybko dogadałam się z wujkiem google i ruszyłam dalej. O dziwo trasa była bardzo ładna i przyjemna, aż do samej Pszczyny.





Nie zagościłam tu długo, bo bardzo chciałam posiedzieć sobie w Goczałkowicach no i oczywiście wpaść do Ogrodów Kapias.
Jadąc z Pszczyny miałam wrażenie, że coś jest nie tak z moim rowerem... Po pewnym czasie, stając na zrobienie zdjęcia, zauważyłam, że zamknięcie przedniego koła dziwnie luźno sobie dynda... Z przerażeniem stwierdziłam, że... koło nie jest dokręcone. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale dziękuję Najwyższemu i mojemu Aniołowi Stróżowi, że przejechałam tyle km i koło siedziało.... Nawet nie chcę sobie wyobrażać co by było, gdybym np na szybkiej drodze owe koło straciła... Brrr.
Na szczęście nic się nie stało, koło dokręciłam i pojechałam do Ogrodów.





Kiedy jechałam jeszcze do Paprocan, to zastanawiałam się, jak ten dzień rozplanować, brałam nawet pod uwagę to, że zabawię w okolicach do wieczora i wrócę pociągiem. Jednak rower i chęć pedałowania zwyciężyły. Dlatego z Ogrodów pojechałam do Goczałkowic, do Parku Zdrojowego, gdzie spędziłam miło trochę czasu no i ruszyłam w drogę powrotną do Rybnika.



Martwiło mnie to, że telefon umierał powoli z głodu a ja zabrałam kiepski kabelek do ładowarki, który wciąż się wyczepiał. Nie chciałam pozostać całkiem bez kontaktu no i wolałam jednak mieć możliwość sprawdzania gdzie w danym momencie drogi jestem.... Dobrze, że jednak udało się przejechać do momentu, gdzie drogowskazy same już prowadziły bo wjechałam na normalne ulice. Pod jakimś sklepem zrobiłam sobie mały odpoczynek i znalazłam sposób na awaryjne ładowanie ;)  Jednak kobiety to bardzo pomysłowe stworzenia Boże i powiedzenie że potrzeba matką wynalazków idealnie się na nich sprawdza - przynajmniej na mnie podziałało :D :D :D

Mogłabym tu jeszcze wspomnieć, że w Parku Zdrojowym jest naprawdę uroczo, każdy dla siebie coś znajdzie, nawet amatorzy plażowania czy pływania na desce (poważnie!), ale chyba ocenę tego to powinno się samemu wydać po odwiedzinach. Tym razem co prawda nie wypiłam kawy na wodzie, ale wolałam opróżniać swoje zasoby, żeby plecak był lżejszy.



Cieszę się bardzo, że tak ten dzień wyglądał, nawet jeśli nie zdążyłam już na zaporę podjechać ani pospacerować alejkami przy sanatoriach. Ale następnym razem się uda - po prostu zabrakło mi tego czasu, jaki leniwie spędziłam w Paprocanach - czego absolutnie nie żałuję. No i nie chciałam wracać po zmroku, choć oświetlenie mam nareszcie dobre.

Ostatnie 20 km już czułam w... 4 literach, ale warto było wykręcić te 123 km (tylko "majtki" teraz strasznie bolą, bo gatki nierowerowe miałam). Jeszcze kiedyś to powtórzę, może w odwrotnej kolejności i z dodaniem tego, co pominęłam :) no i może jakieś towarzystwo się znajdzie...

niedziela, 9 września 2018

Powód do UŚMIECHU

Dziś od rana - jak to przy niedzieli - słychać było sąsiedzkie trzaskanie kotletów.
No więc i ja postanowiłam co nieco trzasnąć - tyle że mięcho zamieniłam na.... kilometry.

Pogoda wspaniała, więc grzechem byłoby nie wsiąść na rower.

Pojechałam do Pszowa i objechałam nieznane wcześniej uliczki. W drodze spotkała mnie miła niespodzianka, bo mimo iż nie uczestniczyłam w uroczystościach odpustowych i Bazylikę minęłam tylko z zewnątrz, to ten szczególny UŚMIECH dotknął mnie wśród zieleni, dając pewność, że zawsze jest przy mnie :) 




W ten sposób i ja widziałam się z Uśmiechniętą Panią :) 

Nie mam w sumie zbyt wiele do opisania, może tylko to, że tym razem naprawdę pokręciłam się dla przyjemności po bocznych drogach, dla urozmaicenia, co było doskonała decyzją.

Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu stwierdziłam, że warto znowu gdzieś pojechać. Jednak w drodze przyszła mi ochota na... kawę i lady, więc zweryfikowałam plany i po malutkim kółeczku wróciłam nadrobić kalorie. 


Nie był to jakiś szalenie ciekawy dzień i wybitnie kilometrowy, ale uznaję go za bardzo przyjemny i udany. Bo nie zawsze trzeba od rana do wieczora kręcić, żeby mieć z roweru satysfakcję.

Dziś naprawdę jest dzień uśmiechu i ja go mocno w sobie czuję :)




poniedziałek, 20 sierpnia 2018

36,90 km / 1g:41m:47s

Taaaaa, jeszcze po 18-tej, stojąc w kościele, mówiłam sobie w duchu, że jak tylko wrócę do domu, to kładę się do wyrka z bólu i nigdzie się nie ruszam... A po godzinie... 
No i tyle mnie łóżko widziało  ale kto wariatce zabroni? :) Nieistotne, że teraz moje myśli uciekają w kierunku apteczki i środków przeciwbólowych... istotne jest to, że było świetnie!
Poza fizycznymi dolegliwościami to czuję się rewelacyjnie (jednak dobrze tak sobie przewietrzyć głowę  bo tempo narzuciłam - jak na moją kondycję to naprawdę świetne, szczególnie na odcinku gdzie są "ulubione" podjazdy).
Dobrze było wrócić do "starych, dobrych" zwyczajów, choć godzina nieco wcześniejsza niż zwykle - no ale rozsądku trzeba używać, choćby w minimalnym stopniu, a ten podpowiedział, że samej w pewne trasy to byłaby głupota i świadome, dobrowolne łamanie przykazania "nie zabijaj" (bezpieczeństwo trzeba też brać pod uwagę).
Jednak duże plusy miało jeżdżenie w towarzystwie, w sumie to same plusy... ale tego nie ma sensu wspominać, bo było "dawno i nieprawda" - jak to się zwyczajowo mówi, kiedy ktoś...  no nieistotne już teraz.
Było kilka momentów, kiedy młodzi ludzie z samochodów zaczepki rzucali, raz nieco się nawet zlękłam... na szczęście pojechali w innym kierunku a ja byłam jakby nie patrzeć na oświetlonej drodze... hm, chyba trzeba pomyśleć o kupieniu sobie "pieprzówki" na podobne okazje.

Wracając do sedna - nie pomyślałam, że tak mi fajnie ta droga pójdzie, tylko etap od Zawady do centrum Pszowa spowolnił mnie, ale to raczej zrozumiałe - i tak uważam, że dałam sobie świetnie radę. Na tyle miałam energii, że kilka razy kusiło mnie, żeby skręcić w drugą stronę i wydłużyć trasę, ale.... ruszając obiecałam sobie "podróż sentymentalną", czyli przejechanie dokładnie takiej trasy, jaka była kiedyś "nasza" - ciekawa byłam, jak sobie poradzę...
Energia trzymała mnie jeszcze jak podjeżdżałam pod dom, więc odstawiłam rower, ogarnęłam nieco twarz z potu, przebrałam ciuchy, rozczesałam zlepione włosy i z biegu pognałam do biedry - zasłużyłam na piwo, a jak! swoją drogą, dlaczego w tym sklepie nie można kupić piwa z lodówki.... ??? oczywiście do tego dla neutralizacji dokupiłam ulubione frugo i....jak wracałam po schodach na swoje 2 piętro, to.... kolano dało się we znaki (chwała mu, że nie "obudziło się" w trasie).

Teraz odpoczywam, udaję, że mnie nie boli (kolano kolanem, ale trochę jednak zaszalałam, bo dziś to nie bardzo jednak powinnam była jeszcze serwować sobie takiego wysiłku...) i piszę te bzdety, sama nie wiem dlaczego... 
Pomyśleć, że usprawiedliwiałam się że nie przyjadę do Pszowa odwiedzić kogoś bo boli, bo dziś nie jest na to dzień, bo, bo, bo.... (choć jak mijałam tamto osiedle to kusiło żeby jednak wpaść...)
Dobra, dosyć tego marudzenia, tego słowotoku (a może to odreagowanie natłoku myśli, które pozostaną tylko dla mnie... )
BTW - dzisiaj pobiłam swój rekord średniej prędkości (tak mi się wydaje)


niedziela, 19 sierpnia 2018

Mały wyskok


Takie spokojne popołudnie, bo na więcej nie mogłam sobie dziś pozwolić. Może dzięki temu choć teraz kilka słów tu wstukuję.
Pojechałam do Pszowa, a później skręciłam w jedno takie miejsce, z którym mam pewne wspomnienia... Nie byłam tam od... prawie 3 lat. Kilka minut, spokój drzew, ciepło słońca, barwa kwiatów.... Ostatni raz to był późny wieczór, a właściwie to prawie noc...
Miałam ochotę jeździć, jeździć i jeździć.... wyjeździć myśli jakie kłębiły się w głowie - ale wiedziałam, że ten dzień nie jest na to dobry, więc nieco okrężną drogą wróciłam i spędziłam czas wdychając solankę, jedząc loda i... przysypiając na leżaku.
Jeszcze tam wrócę, niektóre wspomnienia należy przeżyć do końca i wyrzucić z głowy...