środa, 16 sierpnia 2017

Pomorze 2017 - Dzień VII: Hel

Jak dobrze wstać, skoro świt... Szczególnie w takim miejscu jak Hel, w piękny letni poranek.

Byłam przekonana, że spędzę cały dzień na Helu, wstępnie umówiłam się z chłopakami że przyjadą na 10 - tą i razem go objedziemy a popołudniu promem przepłynę do Gdyni i tam wsiądę do pociągu.

Pijąc w kuchni poranna kawę i jedząc śniadanie musiałam zweryfikować te plany. Dlaczego? Otóż żadne połączenia między promem a PKP nie pasowały :( Znalazłam na szczęście jedyne w tym dniu możliwe - pociąg do Gdyni, z Gdyni do Katowic ICC. A co dalej to nie chciałam aż tak sobie głowy zawracać - zawsze było możliwe, że z Katowic rowerem do Rybnika ;)

Ekspresowo spakowałam się, zarezerwowałam bilety i... NARESZCIE zaczęłam zapoznawać się z miejscem, do którego minione 5 dni podążałam :)

Hel jest naprawdę ciekawy i.... po prostu ładny. Począwszy od wszystkich militarnych punktów do zwiedzania, przez latarnię morską, port aż po malutka plażę. Jest fokarium, smażalnia ryb kupionych prosto z kutra (można rybki kupić i do domu świeże zawieźć). NO i jest tez bardzo ważny budynek.... SKLEP :)

Wielka radość czułam, kiedy jeździłam tymi pustymi uliczkami i szlakami - a na dodatek kiedy podjechałam pod "Początek Polski" akurat jedna jedyna pani z pieskiem szła tamtędy spacerem i.... zrobiła mi zdjęcie :)











Są takie chwile, kiedy czuję, ze wielkie DOBRO jest wokoło mnie, że Opatrzność bardzo czuwa nade mną i prowadzi tak, jak jest najlepiej w danej chwili. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, ze nie udało się wyjechać poprzedniego wieczora, że nieoczekiwanie Marcin Pyszny (DZIEKUJĘ ! DZIĘKUJE ! DZIEKUJĘ!) przysłał adres i nr tel do hostelu, że mimo nagłej zmiany planów tyle jeszcze zdążyłam tam zobaczyć i zachować choćby na zdjęciach (nie wszędzie można było wejść, bo o tej porze większość obiektów jeszcze była zamknięta, ale wcale mi to nie przeszkadzało w radości zwiedzania).

Z sercem przepełnionym wdzięcznością wobec Najwyższego zrobiłam zakupy (jednak cały dzień drogi przede mną, więc jedzenie lepiej ze sklepu niż z Warsa...) i udałam się na stację kolejową. Pociąg do Gdyni już stał, więc spokojnie się w nim ulokowałam i ... w drogę.


W sumie to na tym mogę zakończyć, bo rower w pociągu to już nie to, co na trasie, kiedy koła się kręcą, kiedy nogi naciskają na pedały a korba obraca łańcuch... :)

To był dobry czas - pomimo niektórych momentów, jakie zawsze się mogą przytrafić podczas tego typu wyjazdów.

Cieszę się, że mogłam tego wszystkiego doświadczyć, że tą trasę pokonałam zgodnie z założeniami, że mogłam choć trochę dać od siebie - FILIP; to było dla Ciebie! Trzymaj się!

wtorek, 15 sierpnia 2017

Pomorze 2017 - Dzień VI: Łeba - Hel

109 km + dojazd poranny do Łeby i trochę krążenia po, czyli ok. 8 km dodatkowo zanim ruszyłam w trasę,

Dzień rozpoczął się bardzo dobrze, wypiłam kawę spakowałam się, wcześniej przyjemnie pogawędziłam z gospodynią domu i jedną z pensjonariuszek, solidnie obmyłam rower z piachu (mimo święta; niestety nie było okazji i możliwości zrobić tego wcześniej) i podążyłam do Łeby na Mszę - parafię wybrałam wcześniej, kierując się wezwaniem i wizualnym wyglądem zewnątrz (mam sentyment, ot co...). 

Mogłabym się rozpisać w tym momencie, ale nie miejsce i czas na to - powiem tylko, że do dziś pamiętam fragmenty z kazania...
Panowie wcześniej poinformowani przeze mnie o której i skąd wyruszam podjechali i w sumie myślałam, że do Helu już pojedziemy razem. Okazało się jednak, że ponownie mamy inne zamierzenia - ja wybrałam priorytet szlaku rowerowego, panowie drogę plażą.
Pierwszy odcinek był dość piaszczysty, ale nie trwało to długo i dało przy okazji możliwość podziwiania natury - całe połacie wrzosów (wśród nich zatrzymałam się na małe śniadanie w lesie, przebranie się w lżejsze ubrania i dosuszenie tego, co nie wyschło podczas noclegu. To był bardzo przyjemny przerywnik. 


Później droga była różna, asfalt, szuter, trochę leśnych wybojów - jak dla mnie ok. Kierowałam się w stronę latarni morskiej Stilo. W drodze chłopaki informowali, że dojechali i że bardzo ciężki podjazd i odradzają, że lepiej jeśli zostaną na rozwidleniu i nie będę wspinać się pod latarnię. No ale Krysia lubi wyzwania... i trochę korzeni i kamieni jednak nie mogło mnie powstrzymać. Stilo zdobyłam. Nie weszłam jednak na górę latarni, bo wiedziałam jakie mamy realia czasowe - wypiłam kawę, zjadłam kupione po drodze przepyszne ciasto piernikowe i dalej jechaliśmy już w 3.

W niedalekiej okolicy znaleźliśmy takie wyjątkowe miejsce - Kapliczkę Promyczkową. Ja wiem dlaczego dla mnie ona była szczególna - umieszczone w tabliczce dwie daty to sprawiły....


Dalej był odcinek, na którym posmakowaliśmy drogi przez bagna, totalne... i to nie Karwieńskie ale gdzieś całkiem poza szlakiem... Nauka z tego wynikająca, zawsze mieć własny GPS i niekoniecznie wybierać drogę oznakowaną inaczej niż rowerowa...








W Karwi zatrzymaliśmy się na posiłek i.... tam ponownie nasze plany okazały się niespójne. Efektem było to, że w Jastrzębiej Górze nasze drogi się rozeszły, panowie mieli w planach przedłużenie o dwa dni swojego pobytu na Pomorzu a ja niestety mając ograniczone możliwości trzymałam się jednak planu przede wszystkim dotarcia do celu, czyli na Hel.
Ostatni etap był dla mnie wielką nerwówką, miałam zamiar dojechać do Helu, zaznaczyć swoja obecność, i zdążyć na pociąg... Jechałam 50 km bez postoju dłuższego niż minuta na szybkie zdjęcie (większość robiona i tak podczas jazdy) i na wypicie kilku łyków wody.

Pędząc trasa rowerową mijałam wszystkie te urocze miejsca jak Jastarnia, Władysławowo itd i było mi żal... Pogoda była wspaniała, pięknie wszystko wyglądało i chętnie posiedziałabym na plaży, ale wiedziałam, że nie tym razem... Miałam jednak ogromną nadzieję, że naciesze oczy zachodem słońca na Helu. Jednak i to mnie ominęło - dojechałam kiedy było już szarawo.





I się zaczęły problemy... Pociąg owszem, jechał, bilet byłam jeszcze w stanie zarezerwować "na gorąco", ale.... okazało się, że nie ma przewozu rowerów. No jak to? Rok temu był... Wiedziałam już, ze nic na Helu nie zobaczę (czułam się z tego powodu dodatkowo rozczarowana - pomijając, że fizyczne zmęczenie dawało mi się we znaki, bo miałam za sobą dzień prawie 120 km po bardzo różnym terenie...). Zaczepiłam maszynistę schodzącego akurat ze zmiany i on poświęcił mi trochę czasu na szukanie różnych możliwości i połączeń jakimi mogłabym dojechać do Rybnika. Jednak chyba nie do końca się zrozumieliśmy i stanęło na tym, ze postanowiłam jednak zostać na noc na Helu.
Było już ciemno, miałam znowu prawie całą baterie w telefonie rozładowaną - a to jedyny sposób informacji dla mnie, zaczynało mi być strasznie zimno, głodno i wogóle... I tu z pomocą przyszła Karolina Pierchała i Marcin Pyszny (Kochani, jesteście WSPANIALI). Karolina patrzyła na pociągi i właśnie ona poinformowała Marcina o mojej sytuacji, bo odezwał się i.... podesłał namiary na nocleg. Szybko tam zadzwoniłam i... to była doskonała decyzja. Cudowna kąpiel, gorąca herbata, pachnąca pościel, wygodne łóżko... SEN... 




(jak znowu zagoszczę na Helu i będę miała tam nocować, to już wiem gdzie - TANIO i świetne warunki!)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Pomorze 2017 - Dzień V: Rowy - Łeba

41,33 km + moja jazda w poszukiwaniu noclegu po Łebie i okolicach; mniej więcej 7 km



Pobudka w Rowach. Cieszyło mnie, że świeci słońce i możemy się zbierać... Ale jak się okazało, moje myślenie o szybkim wyruszeniu w drogę zderzyło się z... realiami :( W Rowach zahaczyliśmy o dłuuugie śniadanie, po czym udaliśmy się w kierunku, w jakim prowadził nas GPS - czyli w pierwszej kolejności tam, gdzie piękne i duże jezioro Gardno. To był przyjemny odcinek trasy - pogoda sprzyjała, droga biegła w zieleni, więc słońce nie przypiekało, dotarliśmy do granicy Słowińskiego Parku Narodowego.








Pierwszą atrakcją tego dnia była Latarnia Morska w Czołpinie. Tym razem nie wjechaliśmy rowerami, bo było mega wysoko i dużo piachu, zostawiliśmy nasze rumaki spięte do drzew i wdrapaliśmy się (naprawdę męczące to było) na górę. Z latarni rozpościerał się piękny widok - lubię takie latarnie, które nie stoją przy samym prawie brzegu tylko właśnie głębiej, wtedy patrzymy z góry nie tylko na morską toń, ale i na piękne okolice pełne zieleni - a w przypadku Czołpina na Wydmę (jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, ze będziemy się przez ta wydmę przedzierać niczym karawana przez pustynię).




Przeprawa przez Wydmę Czołpińską to był MEGA wyczyn - szczególnie kiedy się szło rowerami tak obładowanymi bagażem - na zdjęciach tak tego nie widać ale.... no powiem, że jestem dumna, że tego dokonałam :) :)  Myślę, że panowie też :)












Następny etap wcale nie był taki super łatwy - 23 km plażą... jazda w takim terenie wcale nie należny do prostych, lekkich i przyjemnych (ale jeśli o przyjemność chodzi, to w sumie nareszcie mogłam poobcować więcej z morską wodą, mieć frajdę z faktu, że jadę rowerem w morzu, no i złapać sporo wit D3 i jodu...). Rowery po wyjściu na ląd wyglądały..... masakryczni. Łatwo to sobie wyobrazić.










W Łebie byliśmy już zmęczeni bardzo, chłopaki zabukowali się na placu z namiotami a mnie nie pozostało nic innego, jak szukać noclegu.... To był dla mnie taki dość kryzysowy moment, ale nie chcę wspominać tego, co niemiłe... 

Koniec końców, po objechaniu Łeby, obdzwonieniu masy miejsc (znaleźć nocleg w Łebie, na jedną noc, dla jednej osoby, w cenie jaka nie zrujnuje doszczętnie to graniczy z cudem...), udałam się w kierunku następnej wsi, żeby tam szukać (miałam przed sobą powoli widmo żebrania o nocleg w tamtejszej parafii, spanie "pod chmurką" albo jazdę na wariata całą noc w dalszą trasą, sama... ). 

Okazało się jednak, prawie w ostatnich chwili, kiedy na dworze już było bardzo mroczno, że Niebieski Ojciec zatroszczył się o mnie pokierował mnie pod pensjonat, który wcześniej dwa razy ominęłam, bo byłam pewna, że drogo. To był wspaniały nocleg, niesamowicie wypoczęłam, właściwie w domowych warunkach i za bardzo korzystną ceną (choć właścicielka podając ją chyba była zmieszana bo uważała, że to dużo....). 
Polecam każdemu - Nowęcin, ul. Łebska, sąsiedni dom przy pensjonacie Krystyna ;)