Jak dobrze wstać, skoro świt... Szczególnie w takim miejscu jak Hel, w piękny letni poranek.
Byłam przekonana, że spędzę cały dzień na Helu, wstępnie umówiłam się z chłopakami że przyjadą na 10 - tą i razem go objedziemy a popołudniu promem przepłynę do Gdyni i tam wsiądę do pociągu.
Pijąc w kuchni poranna kawę i jedząc śniadanie musiałam zweryfikować te plany. Dlaczego? Otóż żadne połączenia między promem a PKP nie pasowały :( Znalazłam na szczęście jedyne w tym dniu możliwe - pociąg do Gdyni, z Gdyni do Katowic ICC. A co dalej to nie chciałam aż tak sobie głowy zawracać - zawsze było możliwe, że z Katowic rowerem do Rybnika ;)
Ekspresowo spakowałam się, zarezerwowałam bilety i... NARESZCIE zaczęłam zapoznawać się z miejscem, do którego minione 5 dni podążałam :)
Hel jest naprawdę ciekawy i.... po prostu ładny. Począwszy od wszystkich militarnych punktów do zwiedzania, przez latarnię morską, port aż po malutka plażę. Jest fokarium, smażalnia ryb kupionych prosto z kutra (można rybki kupić i do domu świeże zawieźć). NO i jest tez bardzo ważny budynek.... SKLEP :)
Wielka radość czułam, kiedy jeździłam tymi pustymi uliczkami i szlakami - a na dodatek kiedy podjechałam pod "Początek Polski" akurat jedna jedyna pani z pieskiem szła tamtędy spacerem i.... zrobiła mi zdjęcie :)
Są takie chwile, kiedy czuję, ze wielkie DOBRO jest wokoło mnie, że Opatrzność bardzo czuwa nade mną i prowadzi tak, jak jest najlepiej w danej chwili. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, ze nie udało się wyjechać poprzedniego wieczora, że nieoczekiwanie Marcin Pyszny (DZIEKUJĘ ! DZIĘKUJE ! DZIEKUJĘ!) przysłał adres i nr tel do hostelu, że mimo nagłej zmiany planów tyle jeszcze zdążyłam tam zobaczyć i zachować choćby na zdjęciach (nie wszędzie można było wejść, bo o tej porze większość obiektów jeszcze była zamknięta, ale wcale mi to nie przeszkadzało w radości zwiedzania).
Z sercem przepełnionym wdzięcznością wobec Najwyższego zrobiłam zakupy (jednak cały dzień drogi przede mną, więc jedzenie lepiej ze sklepu niż z Warsa...) i udałam się na stację kolejową. Pociąg do Gdyni już stał, więc spokojnie się w nim ulokowałam i ... w drogę.
W sumie to na tym mogę zakończyć, bo rower w pociągu to już nie to, co na trasie, kiedy koła się kręcą, kiedy nogi naciskają na pedały a korba obraca łańcuch... :)
To był dobry czas - pomimo niektórych momentów, jakie zawsze się mogą przytrafić podczas tego typu wyjazdów.
Cieszę się, że mogłam tego wszystkiego doświadczyć, że tą trasę pokonałam zgodnie z założeniami, że mogłam choć trochę dać od siebie - FILIP; to było dla Ciebie! Trzymaj się!






