Zima to, wbrew pozorom, świetna pora roku na rower :)
Tym razem przyłączyłam się do grupy WRŚ - u, która jechała z centrum Rybnika. Praktycznie przy "mojej" Biedronce zrobili punkt spotkania i potem już kręciliśmy razem - przez Pszów itd - trasa znana więc nie ma co opisywać.
Przy samej granicy mieiśmy mały postój na zmiane gumy w jednym z rowerów i dojechaliśmy do Darkovic, gdzie oblepiliśmy czołg niczym pszczoły plaster miodu ;)
Do Hlucina dojechało się mega przyjemnie. Zjedliśmy obiad i pojechaliśmy okrążyć jezioro - fantastcznie w takim rześkim powietrzu. Tu juz niektóre odcinki były mniej "radosne" - chwilami głębokie błoto i maź śniegowa utrudniały pedałowanie bardzo. Ale przyjemna okolica jednak rekompensowała wysiłek.
Niestety stając na odpoczynek musiałam jakoś krzywo nogę postawić na ziemi, bo przy ruszeniu w dalszą drogę poczułam, że cos mi się z kolanem dzieje... Podskórnie wiedziałam, co będzie dalej, bo znam na pamięć ten rodzaj bólu... Ech.... tu skończyła się dla mnie przyjemność z tego wyjazdy :(
Do Ostrawa wjechałam już z takim bólem, że płakać mi się chciało. Nie wiem jak dziękować Marcinowi, Danielowi i Karolinie, że zrezygnowali z dalszej jazdy z grupąa i razem ze mną odłączyli się, żeby dotrzeć do najbliższej stacji PKP i jakoś wrócić do Rybnika.
A to okazało się nie byc takie proste... Szarzało, nie znaliśmy trasy, gdzieś nas GPS wprowadził na jakieś bagna i bliżej nieokreślone czeskie molradła - już po ciemku w lesie na czuja przedzieraliśmy się prowadząc rowery - momenty kiedy wsiadałam na rower to było dla mnie potworne cierpienie - wstyd się przyznać, ale jak miałam poruszyć lewą nogą to klęłam i płakałam jednocześnie...
W okrutnych bólach doczołgałam się do Chałupek i razem z moimi "opiekunami stróżami" pociągiem wróciłam do Rybnika.
Jak wlazłam na 2 piętro wnosząc rower to sama nie wiem...
Kolano całkowicie odmówiło posługi i jestem uziemiona.... :(
Kolano całkowicie odmówiło posługi i jestem uziemiona.... :(










