poniedziałek, 15 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień IX

Caldas de Rei - Santiago de Compostela: dystans 43,64 km


I tak oto dobiega końca rowerowe wędrowanie szlakiem Św. Jakuba.

Dzień rozpoczął się dość przyjemnie, pogoda słoneczna, początek trasy bardzo sympatyczny. Ale w drodze zmęczenie minionych dni dało się we znaki. Upał nam dogrzał, szlak też okazał się dość stromy i wyboisty. Kilometrów nie było dużo, ale były wyjątkowo męczące... Większość czasu jechaliśmy w terenie i można było spodziewać się że będzie lżej, bo przecież drzewa chroniły przed słońcem, jednak to okazało się złudną nadzieją. 

Do tego jeszcze coś nam doskwierało... Otóż trochę późno wyjechaliśmy i to spowodowało mały zgrzyt wśród nas - bo część pędziła na "złamanie karku" a inni chcieli dotrzeć do Santiago spokojnie - tym bardziej, że nie wszyscy czuli się w tak dobrej formie jakby się można było spodziewać. Każdy miał swoje racje ale niepotrzebnie stało się tak jak się stało, że dojechaliśmy tam w dwie grupy. To trochę przytłumiło naszą radość z faktu, że Camino de Santiago ukończyliśmy w całości, że jesteśmy na miejscu, że...



Na szczęście po odpoczynku, rozlokowaniu się w albergue i posiłku wszystko wróciło do normy, czyli znowu tworzyliśmy jedną drużynę. Na spokojnie zwiedzaliśmy to wspaniałe miejsce, był czas na modlitwę, trochę samotności i wyciszenia, mogliśmy z wielką radością zgłosić się z naszymi paszportami pielgrzyma w specjalne miejsce, gdzie trzymaliśmy certyfikat ukończenia Camino - taka miła pamiątka po łacinie oznaczona symbolami :)

No i przede wszystkim byliśmy "obłapiać" figurę św. Jakuba. Piszę to trochę żartobliwie, ale żeby to zrozumieć trzeba poznać nieco historii z tym związanej, tradycji i zwyczajów, a ja sobie założyłam, że tu jednak chcę do końca skupiona być na rowerowej części. Może gdzie indziej poświęcę więcej czasu na opis zawierający szczegóły całego mnóstwa "detali" jakie w drodze się mija i tego, co jest w Santiago godne i warte zobaczenia i poznania.


Jestem wdzięczna Bogu i ludziom z którymi tu dotarłam, tym, którzy pozostając w Rybniku wspierali pamięcią i modlitwą, p. Henrykowi za... (za to, o czym nie chciałby publicznie się chwalić, więc uszanuję i nie napiszę). Szczególną wdzięczność czuję do Darka K. - jest wiele powodów - to jemu w ogromnej mierze zawdzięczam to, że pojechałam i... dojechałam (te mordercze treningi jakimi mnie "katował" przed wyprawą - inaczej nie dałabym rady na moim kiepskim rowerze, do tego jego kapłańska obecność, dzięki której podczas Mszy św. każdego dnia czerpałam siłę nie tylko dla ciała, ale i dla ducha, no i jeszcze to coś, co jest "więzią rodzinną" - ale to również pozostawię dla siebie.

Z wielkim przekonaniem mogę powiedzieć, że warto było przebyć taką trasę - jest warta każdej kropli postu, każdej łzy zmęczenia, wszystkich obtarć, bolących stawów, spieczonych pleców, obolałych nóg i nadgarstków, niewygody podczas noclegów, przemoczonych ubrań itd.... bo w całokształcie te niedogodności były niczym w porównaniu z ogromem wspaniałych doświadczeń.


Mam nadzieję kiedyś Camino powtórzyć - jak Pan Bóg da, a czas i finanse pozwolą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz