Mougas - Caldas de Reis: dystans 95,50 km
Poranek bardzo pochmurny,
deszcz wiszący nad głowami... Ale komu w drogę, temu....rower :) Tak jak
wczoraj tak i dziś jechaliśmy w dużej części szlakiem prowadzącym wzdłuż
linii oceanu. Ponownie mogliśmy cieszyć oczy widokiem skalistych wzgórz w
wielu barwach i patrzeć na fale rozbijające się o wybrzeże.
Mijaliśmy naprawdę
malownicze tereny prowincji Pontevedra. Szkoda, że nie zjechaliśmy
choćby kawałeczek np. do stojącej bardzo blisko Latarni Faro Silleiro czy kawałek
dalej, bliżej brzegu oceanu Faro Vello de Silleiro (pozostałości po starej
latarni). Tyle że na tamtym etapie pogoda faktycznie nie zachęcała do
zatrzymywania się, więc może kiedyś...
Na szczęście dalszy etap był niebo pogodniejszy. Przejechaliśmy Minor - rzekę, która dzieli gminy Nigran i Baiona i wjechaliśmy w niezwykle urokliwe miejsca (w sumie ciężko to nawet opisać - udało mi się w czasie jazdy trochę zdjęć z ręki pstryknąć, więc można zobaczyć o czym mowa). Przeogromnie żałuję, że przejechaliśmy rzekę zwykłym mostem a nie legendarnym romańskim mostem La Ramallosa, który jest prawdziwym średniowiecznym klejnotem tego regionu (ma bardzo interesująca historię, można poczytać w necie). Droga za mostem prowadziła niby przez teren zabudowany, ale był on tak skomponowany, że w połączeniu z rzeczkami, strumieniami, różnymi zielonymi zaułkami i stałym widokiem na ocean i później odcinek z plażą, stanowił idealne miejsce na to, by spędzić tam relaksujący urlop stacjonarny. Chyba poza tym rejonem nie spotkałam podobnego miejsca zarówno w Portugalii jak i Hiszpanii - ani wcześniej, ani później.
I tak sobie przyjemnie i
spokojnie jadąc w zachwycie nad tym, co widziały oczy, dojechaliśmy
do Vigo, gdzie zatrzymaliśmy się w porcie na postój - wiadomo;
cywilizacja więc toalety, market, jedzenie :)
Spodobał mi się ten
port - tym bardziej, że popatrzyłam sobie na niego z poziomu kilku
pięter stojącego tam wysokiego centrum handlowego, gdzie niejeden z
nas się udał (choć może nie każdy w tym samym celu) - chyba
pierwszy raz nie czułam się zagubiona w całkiem obcym miejscu, na
dodatek obcojęzycznym - nawet umiałam kilka osób zaczepić i
zapytać o to, co chciałam znaleźć :)
Po tym krótkim
odpoczynku pojechaliśmy w stronę Pontevedra. Tym razem był już
asfalt, asfalt asfalt i zabudowania nie mające w sobie nic z
poprzednich (czyli zero ciekawego do oglądania). W połowie drogi
złapał nas solidny deszcz. Dość spory kawałek czasu czekaliśmy,
żeby przynajmniej trochę zelżał, a później nieco zrezygnowani
pojechaliśmy dalej. Na szczęście ulewa przeszła w mniejsze opady
a potem całkiem się rozpogodziło - powietrze było na tyle ciepłe,
że w czasie jazdy ubrania same w większości przeschły. Mnie
chlupało jedynie w butach :)
Przez Ponteverda niestety
tylko przejechaliśmy, bez zwiedzania tego szczególnego miejsca,
choć są tam takie punkty, które uznano za "obowiązkowe"
dla pielgrzymów na portugalskim Camino... Dla mnie to miejsce ma o
tyle ważne znaczenie, że to właśnie w Pontevedra, w 1925 roku
Maryja objawia Łucji treść nabożeństwa pierwszych sobót i
wezwała do jego rozpowszechnienia. No ale tu przede wszystkim
trzymaliśmy się programu ustalonego nie tyle jako pielgrzymka, co
właściwie wyprawa - a to jak każdy traktował owo Camino to
osobista rzecz. Gdzieś tam przy okazji zjedliśmy obiad i
korzystając z przerwy w opadach deszczu pomknęliśmy dalej, aż do
miejsca noclegowego, czyli do Caldas de Reis.
Tak zakończył się
ostatni dzień przed przyjazdem do Santiago de Compostela.
Emocje przed przybyciem
do celu są duże :)












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz