Dziś odważyłam się na trochę więcej niż poprzednie niecałe 8 km, jakie wykręciłam ostrożnie 4 stycznia. Pojechałam do Studzienki - bo lubię... Lubię tamtą ciszę, ogarniający spokój tego miejsca. Odważyłam się, bo jeszcze całkiem nie wyzdrowiałam. Ale cug do koła jest silniejszy :)
Co prawda wróciłam ubłocona, bo wracając przez pola wjechałam w głęboki dół, który był zakamuflowany taflą lodu i kawałkami zamarzniętej, przeoranej ziemi - ale warto było - nawet lekko zmarznąć, bo buty to mam jednak w tym roku mało przystosowane do choćby najmniejszego mrozu... Warto było poczuć się znowu wolną - od czterech ścian i nie tylko... Warto było wpuścić to świecące słońce w swoje oczy (a że przez ciemne okulary to co z tego. Warto było spotkać fajnych ludzi po drodze, zamienić kilka ciepłych słów, znowu sobie pogadać z drzewami...
A drzewa to na pewnym odcinku jakoś kładły się pod nogi (a w moim przypadku pod koło) - zastanawiałam się nawet, jak one swoją trajektorię upadku obierają, że zawsze leżą w poprzek drogi :)
Dziś nie podzielę się zdjęciami z tych moich ulubionych miejsc, bo niespecjalnie chciało mi się zdejmować rękawiczki, wyjmować z obudowy roweru telefon, więc.... pozostaje tylko moja pamięć no i ewentualnie wyobraźnia tych, którzy okolice znają - a było naprawdę pięknie :) Nawet refleksyjnie w pewnych momentach mi się zrobiło, szczególnie kiedy tak sobie stałam na wzgórzu, naprzeciwko Niebieskiej Pani i patrzyłam na Nią... a Ona na mnie... ale to raczej nie miejsce, by sie na ten temat rozpisywać.
Wspomniałam na początku, że się odważyłam - no i sami możecie zobaczyć z mapki, że dystans i tempo przejechania jakby nie współgrały z moim dotychczasowym stylem jazdy - czyli nie było ani daleko, ani szybko - ale jak na dziś IDEALNIE - spacerowo
No, ale SEZON się rozpoczął!
