Dawno już chciałam wybrać się do Ustronia, zachwalano mi trasę wzdłuż Wisły, więc nareszcie nadszedł moment przekonania się jak to naprawdę wygląda.
Wcześniej już sprawdziłam na mapie i wiedziałam, że spory kawałek drogi znam na pamięć z poprzednich wycieczek. Ucieszyło mnie to, ponieważ odkąd mój powerbank skapitulował staram się jak najmniej obciążać baterie telefonu przed gps.
No i ruszyłam - Pielgrzymowice, Pruchna i.....
wjazd na WTR :)
Droga asfaltowa, wzdłuż Wisły. Niektóre fragmenty były nudne, ale reszta urokliwa, więc te trochę zarośli z początku stało się kawałek dalej nieistotne.
Nawet nie czułam, że kilometry uciekają spod kół, jechało się wspaniale, Widoki zachwycały, pogoda rozpieszczała.









Miałam wrażenie, że w Ustroniu znalazłam się nadzwyczaj szybko, może właśnie dzięki tej przyjemnej trasie, bo nie pamiętam, żebym kiedyś tak lekko gdzieś dojechała - poza wielkim pragnieniem nawet zmęczenia nie czułam.











Nacieszyłam się znajomymi miejscami, ochłodziłam pod zraszaczami i..... postanowiłam że nie wracam od razu, tylko pojadę przez Cieszyn - dodatkowo 20 km.



Na Rynku w Cieszynie wypiłam mrożoną kawę (najgorszą, jaką w życiu piłam - nigdy więcej!) no i ruszyłam w drogę powrotną do domu, po drodze wpadając w jeszcze jedno urocze cieszyńskie miejsce.





Droga z Cieszyna niestety okazała się baaaaardzo trudna. Miałam wrażenie, że totalnie opadłam z sił i nie umiem się ruszać.... Jakbym z ołowiu była.... A to wszystko dlatego, że zaczęłam odczuwać słoneczny żar, który bił niemiłosiernie od asfaltu.... Wcześniej mi nie doskwierał, ale środek dani i poprzednie spieczenia skóry zrobiły swoje.... Ból poparzeń jest okropny.... Ale koniec końców i tak warto było przejechać te 85 km.




