Rozpieszcza nas pogoda. Nie sposób nie wsiąść przy tym na rower. Dzisiaj zrobiłam sobie taką przyjemną spacero-wycieczkę do Żor. Jakoś lubię to miejsce, bez szczególnego powodu. Dlatego po obiedzie, nie mając innych planów, po prostu pojechałam posiedzieć na Rynku :) Czasami coś człowieka przynagli, żeby obrać taki a nie inny kierunek jazdy. Rozważań na ten temat nie bedę tu kontynuować, ale pewne dwa "spotkania" w drodze w obie strony ("spotkania" tej samej osoby) mogą zastanawiać...
Dzień uznaję za mega udany :) Zdjęć w sumie nie ma, ale czy to takie ważne....? ;)
niedziela, 22 września 2019
sobota, 15 czerwca 2019
Małe sobotnie 157km :)
Pogoda zapowiadała się fantastycznie już od samego rana. Słonecznie, ciepło, bezchmurne niebo.
Plany nie były do końca sprecyzowane, wiadomo było, że jedziemy na Górę św. Anny. A co dalej to miało się okazać.
Pierwszy etap był bardzo przewidywalny. Przez Zalew Rybnicki do Rud i dalej przez Kotlarnię na Anaberg. Jechało się świetnie, powietrze było rześkie, zero ludzi, po drodze przystanki w tradycyjnych miejscach.
Przy przerwie na posiłek znaleźliśmy gniazdo z maleńkimi pisklętami (pierwszy raz takie widziałam, ciekawe, co to za ptaszyny).
W Leśnicy upał jednak zwyciężył i chwila na zaopatrzenie się w płyny i schłodzenie musiała być nieco dłuższa.
Góra Świętej Anny powitała nas dokładnie w południe. Ostatni podjazd jak zawsze dał się we znaki. Na miejscu posiedzieliśmy sobie dość długo, fajnie, na luza myśląc gdzie dalej. To był czas na konkretne wyznaczenie kierunku.
No i wyszło na to, że jedziemy do Ujazdu, zobaczyć obiekt z którego miejsce owo słynie, czyli zamek biskupów wrocławskich, albo raczej jego ruiny.
Wielkim rozczarowaniem okazało się to, że teren zamku został ogrodzony bez dostępu dla chcących zobaczyć go z bliska.... Obeszliśmy się więc ze smakiem i ruszyliśmy w kierunku Pławniowic – a co, jak już szaleć, to konkretnie :) Lubię tamto miejsce, mam z niego dużo dobrych wspomnień, więc z przyjemnością wpadam tam kiedy jest okazja – a taka była, bo te trochę nadłożonych kilometrów to tyle co nic w całokształcie.
Z Pławniowic ruszyliśmy w kierunku Rybnika i po drodze jeszcze zahaczyliśmy o kolejne ruiny, czuli pałac w Rudzińcu. Tam komary chciały nas zjeść w całości, więc był to jedynie ekspresowy przelot przez okolicę no i dalej to już wioski pt Łącza, Rachowice, Sośnicowice.... itp. aż do Rud.
Po drodze złapaliśmy jeszcze jakieś jedzenie typu szybko i niezdrowo i utartym szlakiem nad Zalew i.... stamtąd to jakby „za rogiem” był już dom :) tzn dwa domy, bo każdy do swojego.
To była pierwsza taka długa trasa z moim Lazaro i muszę powiedzieć, że spisał się świetnie, dobry rower wybrałam kiedy sprzedawałam crossa.
Dzień udany na maksa! Nie przypuszczałam, że tyle objedziemy, że tak fajnie to wyjdzie no i że ogólnie takiego kształtu to nabierze. Co najdziwniejsze, przy jeździe na tym rowerze nie bolą mnie kolana!
środa, 1 maja 2019
Majowo :)
Maj rozpoczął się fantastyczną pogodą, więc nie można było z tego nie skorzystać.
Początek drogi był dość tradycyjny jak dla mnie, bo najpierw Zalew Rybnicki a później Rudy (mniamniuśne lody zjadłam) i dalej na mój ulubiony Łężczok, gdzie tym razem wyjątkowo nie spędziłam dużo czasu.
W drodze na Łężczok miałam okazję poznać nowe miejsce - tzw Hubertus. Swoją drogą az dziwne, że wczesniej tam nie dotarłam, przecież po tych okolicach jeździłam tak często... Ale jak to mówią, lepiej późno, niż wcale :)
Dodatkowym przystankiem były też Rudzkie Jankowice - przeurocza kapliczka św. Izydora, stojąca na rozwidleniu dróg. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nosa nie wsadziła w oknienko i nie zobaczyła, jak wygląda w środku. I jak? No tak, że chciałoby się wejśc i posiedzieć tam w ciszy...
Z Łężczoka droga poprowadziła przez obrzeża Raciborza, ścieżką przy Kanale Ulgi - bardzo fajny odcinek, szczególnie w tej porze roku.
Dalej myślałam o swojej tradycyjnej trasie, ale moja osoba towarzysząca stwierdził, że poprowadzi inaczej, stąd poznałam kolejne nowe miejsce - przyznam, że ładne, choc pewnie nie trafiłabym w tej chwili sama tam :) Zdjęć juz duzo nie robiłam, powiem tylko, że trzeba było nieco popedałować pod górę... Ale warto. Dla satysfakcji, widoku i smaku pomarańczy, która była jak niebo w gębie pod koniec wzniesienia. :)
Fajny był ten poczatek maja, dobrze się zapowiada ciąg dalszy. No i wenę może też będę miała lepszą do opisania trasy, bo dzisiaj to jakiś niż czuję :)
Początek drogi był dość tradycyjny jak dla mnie, bo najpierw Zalew Rybnicki a później Rudy (mniamniuśne lody zjadłam) i dalej na mój ulubiony Łężczok, gdzie tym razem wyjątkowo nie spędziłam dużo czasu.
W drodze na Łężczok miałam okazję poznać nowe miejsce - tzw Hubertus. Swoją drogą az dziwne, że wczesniej tam nie dotarłam, przecież po tych okolicach jeździłam tak często... Ale jak to mówią, lepiej późno, niż wcale :)
Dodatkowym przystankiem były też Rudzkie Jankowice - przeurocza kapliczka św. Izydora, stojąca na rozwidleniu dróg. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nosa nie wsadziła w oknienko i nie zobaczyła, jak wygląda w środku. I jak? No tak, że chciałoby się wejśc i posiedzieć tam w ciszy...
Z Łężczoka droga poprowadziła przez obrzeża Raciborza, ścieżką przy Kanale Ulgi - bardzo fajny odcinek, szczególnie w tej porze roku.
Dalej myślałam o swojej tradycyjnej trasie, ale moja osoba towarzysząca stwierdził, że poprowadzi inaczej, stąd poznałam kolejne nowe miejsce - przyznam, że ładne, choc pewnie nie trafiłabym w tej chwili sama tam :) Zdjęć juz duzo nie robiłam, powiem tylko, że trzeba było nieco popedałować pod górę... Ale warto. Dla satysfakcji, widoku i smaku pomarańczy, która była jak niebo w gębie pod koniec wzniesienia. :)
Fajny był ten poczatek maja, dobrze się zapowiada ciąg dalszy. No i wenę może też będę miała lepszą do opisania trasy, bo dzisiaj to jakiś niż czuję :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























































