Oliveira de Azeméis - Vila do Conde: dystans 90,22 km
Tym
razem wstaliśmy dość wcześnie. Poranna Msza św. i w drogę :)
Ten dzień szczególnie powierzyłam Sercu Jezusa, zarówno z racji
święta, jak i swojej osobistej potrzeby.
Droga
była przyjemna, bez specjalnie męczących etapów – kilka
podjazdów zaliczone, ale nie jakoś morderczo trudnych. Najwyższy
punkt to był chyba most w Porto, mniej więcej w połowie dnia.
Właściwie
to był to dzień jazd przez miasta, miasteczka... czyli w sumie
asfalt. Ale nie tylko – w tamtych rejonach stwierdzam, że króluje
kostka brukowa, która dała się we znaki – mnie szczególnie,
nawet sobie zażartowałam, że odbywam pokutę za wszystkie swoje
grzechy :)
Porto
– CUDOWNE miasto, zrobiło na mnie przeogromne wrażenie, zarówno
jeśli chodzi o położenie i zabudowania, jak i okolice ze
wspaniałymi widokami. Tutaj spędziliśmy dość dużo czasu –
choć na takie miejsce zdecydowania za mało :) Tu kiedyś chciałabym
spędzić przynajmniej dwa ni i zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać –
oczywiście na rowerze :) Tym razem mogliśmy zachwycać się
widokami z mostu – panorama rozciągającą się na port, elementy
starych murów, rzekę Duero, która później poprowadziła nas
brzegiem aż do Atlantyku. Podziwialiśmy widok na miasto i ocean z
Farolins da Barra do Douro, kawałek dalej wspaniale wyglądała
Latarnia Morska Farol de Felgueiras. W centrum udało się zjeść
obiad (choć McDonald to zdecydowane nie moje ulubione miejsce na
posiłki), objechać kilka cudownych uliczek (choć tej znanej z
parasolami nie udało się odszukać, ku mojemu wielkiemu
rozczarowaniu), odwiedziliśmy port i mogliśmy tym razem od dołu
spojrzeć na budynki i most z którego wcześniej spoglądaliśmy w
dół. O Porto można byłoby pisać, pisać, pisać.... ale tutaj to
jednak nie miejsce na to.
Od
Porto nasza trasa prowadziła wzdłuż Oceanu Atlantyckiego –
bardzo podobały mi się okoliczne detale, takie jak choćby Jardim
Senhor do Padrao – malutki ogród, czy raczej skwer z zielenią i
łukiem który skojarzył mi się jakoś z podobnym, tyle że
większym, bardziej znanym i znajdującym się we Włoszech :)
Ciekawy był odcinek, kiedy jechaliśmy po drewnianych kładkach
przypominających molo ale takie w terenie a nie idące w głąb
morza czy oceanu – był to urokliwy fragment naszej trasy. niestety
z racji tego, że owa ścieżka otwarta była tylko do pewnego
momentu, końcówkę przebyliśmy już w oddali od oceanu, walcząc z
wspomnianą już wcześniej kostką brukową.
I
tak dotarliśmy na kolejny nocleg, tym razem w niezbyt ciekawy i
przyjemny, bo u strażaków w Vila do Conde, którzy udostępnili
nam podłogę w jednej dużej sali sportowej...
Wieczorem zasiedliśmy
do wspólnego niezdrowego objadania się chipsami i picie czerwonego
wina, na które skusił się nawet Darek K(siądz). I to byłby taki
miły akcent tego noclegu, chyba jedyny – bo wcześniej raczej
posiłki sobie w małych grupkach jedliśmy, nigdy wszyscy razem, a
taka integracja niesie ze sobą zawsze coś dobrego.
Ja stamtąd, z
tego wieczoru zachowam w pamięci jedno ważne dla mnie wspomnienie,
o którym nie napiszę – ono jest głęboko w moim sercu...












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz