piątek, 12 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień VI

Oliveira de Azeméis - Vila do Conde: dystans 90,22 km


Tym razem wstaliśmy dość wcześnie. Poranna Msza św. i w drogę :) Ten dzień szczególnie powierzyłam Sercu Jezusa, zarówno z racji święta, jak i swojej osobistej potrzeby.
Droga była przyjemna, bez specjalnie męczących etapów – kilka podjazdów zaliczone, ale nie jakoś morderczo trudnych. Najwyższy punkt to był chyba most w Porto, mniej więcej w połowie dnia.

Właściwie to był to dzień jazd przez miasta, miasteczka... czyli w sumie asfalt. Ale nie tylko – w tamtych rejonach stwierdzam, że króluje kostka brukowa, która dała się we znaki – mnie szczególnie, nawet sobie zażartowałam, że odbywam pokutę za wszystkie swoje grzechy :)

Porto – CUDOWNE miasto, zrobiło na mnie przeogromne wrażenie, zarówno jeśli chodzi o położenie i zabudowania, jak i okolice ze wspaniałymi widokami. Tutaj spędziliśmy dość dużo czasu – choć na takie miejsce zdecydowania za mało :) Tu kiedyś chciałabym spędzić przynajmniej dwa ni i zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać – oczywiście na rowerze :) Tym razem mogliśmy zachwycać się widokami z mostu – panorama rozciągającą się na port, elementy starych murów, rzekę Duero, która później poprowadziła nas brzegiem aż do Atlantyku. Podziwialiśmy widok na miasto i ocean z Farolins da Barra do Douro, kawałek dalej wspaniale wyglądała Latarnia Morska Farol de Felgueiras. W centrum udało się zjeść obiad (choć McDonald to zdecydowane nie moje ulubione miejsce na posiłki), objechać kilka cudownych uliczek (choć tej znanej z parasolami nie udało się odszukać, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu), odwiedziliśmy port i mogliśmy tym razem od dołu spojrzeć na budynki i most z którego wcześniej spoglądaliśmy w dół. O Porto można byłoby pisać, pisać, pisać.... ale tutaj to jednak nie miejsce na to.







Od Porto nasza trasa prowadziła wzdłuż Oceanu Atlantyckiego – bardzo podobały mi się okoliczne detale, takie jak choćby Jardim Senhor do Padrao – malutki ogród, czy raczej skwer z zielenią i łukiem który skojarzył mi się jakoś z podobnym, tyle że większym, bardziej znanym i znajdującym się we Włoszech :) Ciekawy był odcinek, kiedy jechaliśmy po drewnianych kładkach przypominających molo ale takie w terenie a nie idące w głąb morza czy oceanu – był to urokliwy fragment naszej trasy. niestety z racji tego, że owa ścieżka otwarta była tylko do pewnego momentu, końcówkę przebyliśmy już w oddali od oceanu, walcząc z wspomnianą już wcześniej kostką brukową.






I tak dotarliśmy na kolejny nocleg, tym razem w niezbyt ciekawy i przyjemny, bo u strażaków w Vila do Conde, którzy udostępnili nam podłogę w jednej dużej sali sportowej... 

Wieczorem zasiedliśmy do wspólnego niezdrowego objadania się chipsami i picie czerwonego wina, na które skusił się nawet Darek K(siądz). I to byłby taki miły akcent tego noclegu, chyba jedyny – bo wcześniej raczej posiłki sobie w małych grupkach jedliśmy, nigdy wszyscy razem, a taka integracja niesie ze sobą zawsze coś dobrego. 


Ja stamtąd, z tego wieczoru zachowam w pamięci jedno ważne dla mnie wspomnienie, o którym nie napiszę – ono jest głęboko w moim sercu... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz