poniedziałek, 29 maja 2017

Pszczyna, Goczałkowice, Kapias.

To była decyzja dosłownie w 10 minut - zebrałam się w 5 i.... jeszcze tak nie jechałam nigdzie - totalnie na Hurra! Ale warto było!

Do Pszczyny droga prowadziła właściwie samymi szosami, co niekoniecznie lubię, ale za to na miejscu w Parku przyjemnie było usiąść w zieleni drzew i pozwolić sobie na totalne wytchnienie - taki odpoczynek dla ciała ale i dla umysłu - lubię to.
Trochę żałuję, że nie wpadłam na lody na Rynek, ale jakoś ciągnęło mnie już dalej - do jednego z moich ulubionych miejsc.


Ogrody Kapias w Goczałkowicach... CUDOWNE! Tutaj to sobie dogodziłam - i to nie tylko lodami, ale dwoma godzinami wśród kwiatów, krzewów, drzew - chodząc alejkami, siadając na ławeczkach, kąpiąc się w promieniach słońca (mimo że wcześniej w drodze i tak dało się we znaki), oddychając powietrzem dalekim od miasta...
Dobrze przyjechać tu w środku tygodnia, kiedy nie ma ludzi, jest taki totalny spokój... no i mogłam do woli pstrykać zdjęć, specjalnie po to wiozłam w tym upale taki kawał drogi mój potwornie ciężki aparat.











Mogłabym tam siedzieć do wieczora i na upartego wracać pociągiem, bo stacja jest oddalona o 15 minut pieszo, ale chciałam jednak zrobić całą trasę na rowerze no i dodatkowo przyszła mi ochota, by objechać zbiornik Goczałkowicki - już kiedyś sobie to obiecywałam.

Teren jest wspaniały do jeżdżenia - z każdej strony. Za pierwszym razem pamiętam że GPS wyprowadził mnie i mojego towarzysza prawie w środek jeziora, tym razem więc byłam uważniejsza i sama sobie mapę modyfikowałam co kawałek. Jedynym dość uciążliwym mankamentem było to, że w lecie naokoło jeziora paręnaście kilometrowej jechało się... płytami - to było okropne... No ale za to było przyjemnie wśród drzew, taka cisza, spokój, zapach chwilami jak w mazurskich stronach.









Ostatnie kilometry czułam zmęczenie - zaczynały szczypać spieczone słońcem plecy i ramiona, chciało mi się już powoli jeść (proteinowe batoniki, bułki i owoce kupione wcześniej po drodze to jednak było za mało).

Dotarłam jednak do domu mega zadowolona. To był bardzo udany spontaniczny wypad. Musze przyznać, ze chyba jednak jeszcze się aż tak nie starzeję, skoro stać mnie było na ową odrobinę szaleństwa ot, tak - z rozpędu


sobota, 27 maja 2017

Poznaję nowe.

Dzisiaj był taki przyjemny dzień. Rano wsiadłam w pociąg i pojechałam do Gogolina. Stamtąd lasami do Kamienia Śląskiego - w którym byłam umówiona na pewne ważne spotkanie. 




Po pysznym śniadaniu, rozmowie i poznaniu kogoś szczególnego ruszyłam żeby bliżej poznać tą miejscowość. Kiedyś już tu byłam, ale to w przelocie, dosłownie na pół godziny - wtedy była zima i wydawało mi się, że to mega nieciekawa dziura... Tym razem zachwycało mnie wszystko! Ale kiedy weszłam do kaplicy... przepadłam na całego - to był taki moment, który zadecydował we mnie o czymś - ale zostawię to dla siebie.






 





Jak juz pokręciłam się nieco po Kamieniu, to ruszyłam w drogę prowadzącą na Górę św. Anny (najpierw musiałam zlokalizować w którą stronę mam się udać, co nie było od razu takie proste wśród wielu uliczek).

No i tu kolejny raz opanował mnie zachwyt. Tym razem nad piękną okolicą - te widoki! Niesamowite! Albo ja jestem jakaś dziwna i niepoprawda w tym ach i och nad każdym drobiazgiem, albo naprawdę jest tak, że świat i to co nas otacza jest dopracowane właśnie najpierw w takich szczegółach....






Na Anabergu zafundowałam sobie odpoczynek dla duszy i ciała - odpoczynek aktywny, bo "zaliczyłam" dróżki... piękne to było!






Zjeżdzając wstąpiłam do małego kościółka Wniebowzięcia NMP w Porębie - stary, opuszczony kościółek, który urzekł mnie swoim surowym wnętrzem, zapachem modlitwy i murami, które niejedną duszę otaczały opieką... szkoda, że takie miejsca niszczeją...











Po wyjściu z małego kościółka pojechałam już prosto przez Kotlarnię, Kuźnię, Rudy, Zalew na Rybnik... Po drodze zrobiłam sobie godzinną przerwą na leżenie w zieleni i gapienie się w niebo :) wtedy marzyła mi się filiżanka kawy z porannego Gogolina...




 

Przyjechałam do domu mega radosna i z poczuciem dnia wypełnionego po brzegi.