sobota, 15 czerwca 2019

Małe sobotnie 157km :)

Pogoda zapowiadała się fantastycznie już od samego rana. Słonecznie, ciepło, bezchmurne niebo.

Plany nie były do końca sprecyzowane, wiadomo było, że jedziemy na Górę św. Anny. A co dalej to miało się okazać.

Pierwszy etap był bardzo przewidywalny. Przez Zalew Rybnicki do Rud i dalej przez Kotlarnię na Anaberg. Jechało się świetnie, powietrze było rześkie, zero ludzi, po drodze przystanki w tradycyjnych miejscach.







Przy przerwie na posiłek znaleźliśmy gniazdo z maleńkimi pisklętami (pierwszy raz takie widziałam, ciekawe, co to za ptaszyny).
W Leśnicy upał jednak zwyciężył i chwila na zaopatrzenie się w płyny i schłodzenie musiała być nieco dłuższa.
Góra Świętej Anny powitała nas dokładnie w południe. Ostatni podjazd jak zawsze dał się we znaki. Na miejscu posiedzieliśmy sobie dość długo, fajnie, na luza myśląc gdzie dalej. To był czas na konkretne wyznaczenie kierunku.































No i wyszło na to, że jedziemy do Ujazdu, zobaczyć obiekt z którego miejsce owo słynie, czyli zamek biskupów wrocławskich, albo raczej jego ruiny.
Wielkim rozczarowaniem okazało się to, że teren zamku został ogrodzony bez dostępu dla chcących zobaczyć go z bliska.... Obeszliśmy się więc ze smakiem i ruszyliśmy w kierunku Pławniowic – a co, jak już szaleć, to konkretnie :) Lubię tamto miejsce, mam z niego dużo dobrych wspomnień, więc z przyjemnością wpadam tam kiedy jest okazja – a taka była, bo te trochę nadłożonych kilometrów to tyle co nic w całokształcie.










Z Pławniowic ruszyliśmy w kierunku Rybnika i po drodze jeszcze zahaczyliśmy o kolejne ruiny, czuli pałac w Rudzińcu. Tam komary chciały nas zjeść w całości, więc był to jedynie ekspresowy przelot przez okolicę no i dalej to już wioski pt Łącza, Rachowice, Sośnicowice.... itp. aż do Rud.

Po drodze złapaliśmy jeszcze jakieś jedzenie typu szybko i niezdrowo i utartym szlakiem nad Zalew i.... stamtąd to jakby „za rogiem” był już dom :) tzn dwa domy, bo każdy do swojego.







To była pierwsza taka długa trasa z moim Lazaro i muszę powiedzieć, że spisał się świetnie, dobry rower wybrałam kiedy sprzedawałam crossa.

Dzień udany na maksa! Nie przypuszczałam, że tyle objedziemy, że tak fajnie to wyjdzie no i że ogólnie takiego kształtu to nabierze. Co najdziwniejsze, przy jeździe na tym rowerze nie bolą mnie kolana!

Dobrze będzie znowu za jakiś czas taki full wypas sobie zaaplikować – skoro wiadomo, że nie jest to ponad siły, niczyje :)