Dziś od rana - jak to przy niedzieli - słychać było sąsiedzkie trzaskanie kotletów.
No więc i ja postanowiłam co nieco trzasnąć - tyle że mięcho zamieniłam na.... kilometry.
Pogoda wspaniała, więc grzechem byłoby nie wsiąść na rower.
Pojechałam do Pszowa i objechałam nieznane wcześniej uliczki. W drodze spotkała mnie miła niespodzianka, bo mimo iż nie uczestniczyłam w uroczystościach odpustowych i Bazylikę minęłam tylko z zewnątrz, to ten szczególny UŚMIECH dotknął mnie wśród zieleni, dając pewność, że zawsze jest przy mnie :)
W ten sposób i ja widziałam się z Uśmiechniętą Panią :)
Nie mam w sumie zbyt wiele do opisania, może tylko to, że tym razem naprawdę pokręciłam się dla przyjemności po bocznych drogach, dla urozmaicenia, co było doskonała decyzją.
Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu stwierdziłam, że warto znowu gdzieś pojechać. Jednak w drodze przyszła mi ochota na... kawę i lady, więc zweryfikowałam plany i po malutkim kółeczku wróciłam nadrobić kalorie.
Nie był to jakiś szalenie ciekawy dzień i wybitnie kilometrowy, ale uznaję go za bardzo przyjemny i udany. Bo nie zawsze trzeba od rana do wieczora kręcić, żeby mieć z roweru satysfakcję.
Dziś naprawdę jest dzień uśmiechu i ja go mocno w sobie czuję :)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz