Już wczoraj wiedziałam, że dzisiejszy dzień spędzę w terenie. Nie miałam jakoś sprecyzowanych planów. Gdzieś tam po głowie chodziła mi Pszczyna, Paprocany, Goczałkowice... Ale do końca nie byłam pewna. Aż do czasu, kiedy ruszyłam w drogę i dojechałam do Żor :) Wyjątkowo szybko mi to przyszło - może to nastrój, może obfitość przemyśleń jakie towarzyszą mi ostatnio, kiedy siadam na rower... Dziś wyjątkowo nie minęłam tego miasta ale wjechałam na Rynek, gdzie kilka chwil posiedziałam ciesząc się słońcem, spokojem i ... karuzelą :)
Ruszając dalej już wiedziałam, że w pierwszej kolejności pojadę na Paprocany - ostatnio bardzo mi się tam podobało, choć wtedy ominęła mnie kąpiel (sinice królowały w wodzie). Jadąc zatrzymałam się przy takim charakterystycznym Twingpigs. Z zewnątrz przyznam, że jest to zachęcające miejsce, choć cena za wejście skutecznie mnie stopuje :)
Dalsza droga, była dla mnie prawie w całości dopiero odkrywana, bo poprzednio jechałam nieco inną trasą, ale dziś postanowiłam nie pchać się w lasy (pamiętałam jak ostatnio błądziłam w gąszczu, klnąc na mapy google....). Przyznam, że te główne ulice wcale nie są takie złe, nawet z samochodami pędzącymi czasem zbyt blisko...
Na Paprocany dotarłam ekspresem - sama się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam, że to już - nawet nie poczułam tych 50 km. W trasie jakoś cały czas gębusia mi się uśmiechała przez świadomość dobrej kondycji, nastroju, pogody, itd
Po objechaniu części zbiornika skoczyłam do pobliskiego wodopoju (czyli sklepu). Jak już byłam szczęśliwą właścicielka dwóch litrowych kartonów napoju Tymbark o smaku jabłka i mięty, to rozłożyłam się na deskach deptaka i totalnie wyluzowałam - taki prawdziwy chillout :)
Kolejnym etapem była Pszczyna. Jadąc tam (przyznaję się bez bicia) złamałam przepisy drogowe, ponieważ pewien odcinek jechałam drogą szybkiego ruchu, przy której dwa razy minęłam znak zakazu poruszania się pojazdów konnych i....rowerów. No ale właściwie to nie było za bardzo gdzie zjechać (tak sobie to musiałam wytłumaczyć). Jednak po minięciu drugiego zakazu już rozglądałam się za jakimś bocznym wyjściem z sytuacji i przy pierwszej nadarzającej się okazji zjechałam w wiochę. Szybko dogadałam się z wujkiem google i ruszyłam dalej. O dziwo trasa była bardzo ładna i przyjemna, aż do samej Pszczyny.
Nie zagościłam tu długo, bo bardzo chciałam posiedzieć sobie w Goczałkowicach no i oczywiście wpaść do Ogrodów Kapias.
Jadąc z Pszczyny miałam wrażenie, że coś jest nie tak z moim rowerem... Po pewnym czasie, stając na zrobienie zdjęcia, zauważyłam, że zamknięcie przedniego koła dziwnie luźno sobie dynda... Z przerażeniem stwierdziłam, że... koło nie jest dokręcone. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale dziękuję Najwyższemu i mojemu Aniołowi Stróżowi, że przejechałam tyle km i koło siedziało.... Nawet nie chcę sobie wyobrażać co by było, gdybym np na szybkiej drodze owe koło straciła... Brrr.
Na szczęście nic się nie stało, koło dokręciłam i pojechałam do Ogrodów.
Jadąc z Pszczyny miałam wrażenie, że coś jest nie tak z moim rowerem... Po pewnym czasie, stając na zrobienie zdjęcia, zauważyłam, że zamknięcie przedniego koła dziwnie luźno sobie dynda... Z przerażeniem stwierdziłam, że... koło nie jest dokręcone. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale dziękuję Najwyższemu i mojemu Aniołowi Stróżowi, że przejechałam tyle km i koło siedziało.... Nawet nie chcę sobie wyobrażać co by było, gdybym np na szybkiej drodze owe koło straciła... Brrr.
Na szczęście nic się nie stało, koło dokręciłam i pojechałam do Ogrodów.
Kiedy jechałam jeszcze do Paprocan, to zastanawiałam się, jak ten dzień rozplanować, brałam nawet pod uwagę to, że zabawię w okolicach do wieczora i wrócę pociągiem. Jednak rower i chęć pedałowania zwyciężyły. Dlatego z Ogrodów pojechałam do Goczałkowic, do Parku Zdrojowego, gdzie spędziłam miło trochę czasu no i ruszyłam w drogę powrotną do Rybnika.
Martwiło mnie to, że telefon umierał powoli z głodu a ja zabrałam kiepski kabelek do ładowarki, który wciąż się wyczepiał. Nie chciałam pozostać całkiem bez kontaktu no i wolałam jednak mieć możliwość sprawdzania gdzie w danym momencie drogi jestem.... Dobrze, że jednak udało się przejechać do momentu, gdzie drogowskazy same już prowadziły bo wjechałam na normalne ulice. Pod jakimś sklepem zrobiłam sobie mały odpoczynek i znalazłam sposób na awaryjne ładowanie ;) Jednak kobiety to bardzo pomysłowe stworzenia Boże i powiedzenie że potrzeba matką wynalazków idealnie się na nich sprawdza - przynajmniej na mnie podziałało :D :D :D
Mogłabym tu jeszcze wspomnieć, że w Parku Zdrojowym jest naprawdę uroczo, każdy dla siebie coś znajdzie, nawet amatorzy plażowania czy pływania na desce (poważnie!), ale chyba ocenę tego to powinno się samemu wydać po odwiedzinach. Tym razem co prawda nie wypiłam kawy na wodzie, ale wolałam opróżniać swoje zasoby, żeby plecak był lżejszy.
Cieszę się bardzo, że tak ten dzień wyglądał, nawet jeśli nie zdążyłam już na zaporę podjechać ani pospacerować alejkami przy sanatoriach. Ale następnym razem się uda - po prostu zabrakło mi tego czasu, jaki leniwie spędziłam w Paprocanach - czego absolutnie nie żałuję. No i nie chciałam wracać po zmroku, choć oświetlenie mam nareszcie dobre.
Ostatnie 20 km już czułam w... 4 literach, ale warto było wykręcić te 123 km (tylko "majtki" teraz strasznie bolą, bo gatki nierowerowe miałam). Jeszcze kiedyś to powtórzę, może w odwrotnej kolejności i z dodaniem tego, co pominęłam :) no i może jakieś towarzystwo się znajdzie...
Martwiło mnie to, że telefon umierał powoli z głodu a ja zabrałam kiepski kabelek do ładowarki, który wciąż się wyczepiał. Nie chciałam pozostać całkiem bez kontaktu no i wolałam jednak mieć możliwość sprawdzania gdzie w danym momencie drogi jestem.... Dobrze, że jednak udało się przejechać do momentu, gdzie drogowskazy same już prowadziły bo wjechałam na normalne ulice. Pod jakimś sklepem zrobiłam sobie mały odpoczynek i znalazłam sposób na awaryjne ładowanie ;) Jednak kobiety to bardzo pomysłowe stworzenia Boże i powiedzenie że potrzeba matką wynalazków idealnie się na nich sprawdza - przynajmniej na mnie podziałało :D :D :D
Mogłabym tu jeszcze wspomnieć, że w Parku Zdrojowym jest naprawdę uroczo, każdy dla siebie coś znajdzie, nawet amatorzy plażowania czy pływania na desce (poważnie!), ale chyba ocenę tego to powinno się samemu wydać po odwiedzinach. Tym razem co prawda nie wypiłam kawy na wodzie, ale wolałam opróżniać swoje zasoby, żeby plecak był lżejszy.
Cieszę się bardzo, że tak ten dzień wyglądał, nawet jeśli nie zdążyłam już na zaporę podjechać ani pospacerować alejkami przy sanatoriach. Ale następnym razem się uda - po prostu zabrakło mi tego czasu, jaki leniwie spędziłam w Paprocanach - czego absolutnie nie żałuję. No i nie chciałam wracać po zmroku, choć oświetlenie mam nareszcie dobre.
Ostatnie 20 km już czułam w... 4 literach, ale warto było wykręcić te 123 km (tylko "majtki" teraz strasznie bolą, bo gatki nierowerowe miałam). Jeszcze kiedyś to powtórzę, może w odwrotnej kolejności i z dodaniem tego, co pominęłam :) no i może jakieś towarzystwo się znajdzie...






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz