Ochota była na więcej, ale od trzech dni mam uszny problem... taki zawiany, że ho ho! (chyba czas pomyśleć o laryngologu) - no i z uwagi na to, po wpakowaniu odpowiedniej ilości waty w bolące miejsce, okrążyłam tylko "swój" teren. Ale było całkiem przyjemnie.
Zdecydowanie taka pogoda jest lepsza, niż dobijające upały (ok, ok - wiatr mógłby nie wiać prosto w twarz i to z siłą spychającą z drogi....).
Zaliczyłam różne możliwe drogi, bo najpierw asfalt szos, później polny szuter, a najlepsza to była ta w górę i w dół pomiędzy korzeniami drzew :)
Posiedziałam kilka chwil w swoim zaciszu, nacieszyłam oczy widokami przed i po (dzisiaj wspaniale było widać pasmo gór z odległości pól) i grzecznie wróciłam do domu....
Żal mi trochę tego popołudnia, bo mimo iż teraz obrzydliwie zimno i szaro (idzie deszcz jak nic), to wcześniej świeciło urocze słońce.... Ale rozsądek jednak zwyciężył - nie mogę sobie pozwolić na chorowanie....
W sumie dzień i tak uznaję za dobry, cieszę się z tego, co mogłam i to najważniejsze :)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz