Rybnik - Anaberg - Kamień Śląski: trasa już na pamięć znana, ale lubię nią jeździć. Dlatego też w piękny dzień uroczystości Bożego Ciała spakowałam sakwy i tyle mnie było.
Pogoda była wyśmienita! Słonecznie, ciepło ale nie upalnie. Przynajmniej nie w lasach:) W tych głównych punktach trasy (Zalew, Rudy) było trochę ludzi - z racji wolnego dnia, ale w głąb to w sumie prawie pustka...
Gdzieś po drodze odpoczynek i obiad, który tylko ugotowałam w4 domu i zabrałam ze sobą, potem przystanek w Magdalence (wcześniej jeszcze oczywiście ławka zakochanych - mam do niej pewien sentyment). Przy Magdalence trochę pogawędziłam z bardzo sympatycznym panem, z którym trafiło mi się po drodze już wcześniej kilka słów wymienić.
Gdzieś po drodze odpoczynek i obiad, który tylko ugotowałam w4 domu i zabrałam ze sobą, potem przystanek w Magdalence (wcześniej jeszcze oczywiście ławka zakochanych - mam do niej pewien sentyment). Przy Magdalence trochę pogawędziłam z bardzo sympatycznym panem, z którym trafiło mi się po drodze już wcześniej kilka słów wymienić.
Do Leśniowa i dalej szosą - tu słońce faktycznie nieco mnie umordowało, tym bardziej, że miałam sakwy obładowane tym, co najpotrzebniejsze na najbliższe dwa dni.
Na Górę Św. Anny wkręciłam na spokojnie i aż się dziwiłam, że wcześniej tak się męczyłam z ostatnim podjazdem... Jednak zmiana roweru daje się odczuć - nawet jeśli grubość opon i szosa nieco się gryzą... Ale mniejsza z tym.
W tym pięknym zakątku miałam zaplanowany dłuższy czas,
bo chciałam łyknąć... modlitwy i kawy :D Przy okazji zaliczyłam mega pysznego gofra z bitą śmietaną no i potem to już dosłownie kawałeczek do Kamienia - tym razem droga z górki :D
Ten ostatni odcinek trwał jednak nieco, gdyż ponieważ.... wszystko naokoło budziło we mnie achy i ochy - przez to co kawałek stawałam nie mogąc nasycić się... zielenią i kwiatami wśród pól, pieszczotą popołudniowego słońca, śpiewem ptaków, wszystkimi odgłosami które powoli zaczynały przypominać że zbliża się lato w pełni.
Dni spędzone w Kamieniu były naprawdę przyjemne. Niestety pogoda zmieniła się całkowicie i wracałam w deszczu. Do tego od 40 km z bólem kolana, a od Rud to sama się dziwie, że jednak jechałam
Był taki odcinek, że dość mocno lało - i chyba wtedy szczególnie Opatrzność nade mną czuwała, bo raz dwa mogłam zjechać pod zadaszenie przy zabudowaniach Nadleśnictwa Kędzierzyńskiego, dosłownie kawałek od Starej Kuźni. Tam na spokojnie zjadłam, napiłam się i przebrałam się w coś suchego (przezornie zapakowałam specjalnie na tę okazję rzeczy). Kiedy deszcz nieco zelżał, ruszyłam dalej.
Oczywiście po drodze, mimo warunków atmosferycznych wielce nieprzyjaznych, nie mogłam sobie podarować postoju w pewnym ładnym miejscu, które bardzo lubię - co zresztą na zdjęciach widać :) A pozwolić sobie na to mogłam, ponieważ za Kotlarnią deszcz przestał padać, więc już mnie nie moczył - jedynie porywisty wiatr sprawiał, że gałęzie drzew dość mocno tańczyły nad moją głową i jakoś tak złowieszczo skrzypiały...
Do domu dotarłam - to najważniejsze. A że obolała i jakoś wyjątkowo zmęczona? E, od tego się nie umiera :D Rower ubłocony masakrycznie, ja nie lepiej wyglądająca. No nic, gorąca kąpiel, ciuchy do pralki, rower do "garażu" (czyli na balkon) i.... luz blus.

























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz