środa, 10 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień IV

Alvaiazere - Coimbra: dystans 62,03 km


Rano - tradycyjnie po Mszy św - ruszyliśmy w trasę. Dystans cieszył, choć z drugiej strony był zapowiedzią ostrego terenu. I tak też było.

Większość drogi prowadziła drogami polnymi, leśnymi, szutrami i kamieniem. Niektóre momenty do były mocne podjazdy po takich wertepach, że aż dziwne, że mój rower to przetrwał... No i nie tylko rower, bo moje cztery litery też.

Bardzo, Bardzo, Bardzo fajnym akcentem było raczenie się pomarańczami, które zrywaliśmy prosto z drzewa w jakimś opuszczonym ogrodzie. Swoją drogą w mijanej okolicy mnóstwo było takich ogrodów, czasami małych domeczków... Przypuszczam, ze to sytuacja ekonomiczna spowodowała, że ich właściciele wynieśli się "za chlebem". Pomarańcze chyba będę pamiętać zawsze - smakowały wybornie, całkiem inaczej niż te wszystkie kupowane w sklepach - czegoś takiego wcześniej nigdy nie jadłam :) Pomijając już to, że nigdy wcześniej nie zrywałam ich z drzewa :) Trochę zabraliśmy na drogę, bo jak wiadomo cytrusy są świetnym "schładzaczem" organizmu w upał - a tego też nam nie brakowało...




To był dobry dzień na podziwianie przyrody - niesamowite mnóstwo kwitnących krzewów o takich barwach, jakie nie śniły mi się, o kwiatach tak pięknych, że chciałoby się móc już do końca jechać wśród nich. Nie brakowało też specyficznych widoków gór czy pagórków, roślinności chyba typowej dla tego gorącego klimatu. Jedno co mi się rzuciło w oczy, to.... brak ptaków - choć przypuszczam, ze z racji temperatury pokazywały się wczesnym rankiem i później dopiero wieczorem.





Jeśli chodzi o wieczór, to dopiero o tej porze dotarliśmy do miejsca noclegowego, czyli do Coimbry. To dość duże i PIĘKNE miasto. Niestety zbyt wiele czasu na zwiedzanie nie było, bo zanim po przyjeździe się umyliśmy (a ten ostatni podjazd pod sam hotel był okropnie wyczerpujący ze względu na nachylenie terenu), zaczynało szarzeć. Poszliśmy co prawda w teren ale był to mega pobieżny spacer. 




Ten dzień był opisany jako bardzo trudny i bałam się go. Teraz stwierdzam, ze jednak każdy inaczej znosi różnego rodzaju trudy i określenie czegoś w stu procentach nie zawsze się sprawdza - dla mnie było ok. W sumie to dziwię się, że po wczorajszym morderczym dniu, ten dzień pokonałam w taki sposób - myślę, że to nie tylko siły fizyczne się liczą, nie tyle sprzęt czy kondycja ciała, ale dużą rolę odgrywa jeszcze kondycja i stan ducha... Jestem przekonana, że codzienna Komunia dodawała sił w tych najtrudniejszych momentach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz