wtorek, 9 czerwca 2015

Camino 2015 - Dzień III

Golega - Alvaiazere : dystans 65,58 km


Dzisiejszy ranek powitał nas mżawką - przynajmniej tych z nas, którzy spali na balkonie - raz dwa zwinęliśmy się do środka i skoro już było po spaniu, postanowiliśmy znaleźć sklep, żeby kupić coś na śniadanie. No i tu było wielkie zdziwienie... Okazało się, że Portugalczycy życie zaczynają o takiej porze, o jakiej u nas większość w pracy jest już po przerwie.... wszystko pozamykane! Nawet market otwierany dopiero o 9:30. No nic, trzeba było posilić się batonami i pozostałością z dnia wczorajszego.


Przed wyjazdem na trasę była Msza św. - w kościele :) Jednak co świątynia, to świątynia.

Dzień wg rozpisanej tasy miał należeć do łatwych i krótkich, ponieważ wczoraj nadrobiliśmy grupo ponad 25 km i byliśmy "do przodu". Wszystko "szło jak po maśle" (czyt. po szosie) przez kilkanaście kilometrów. Aż do zjazdu w leśną drogę. I tam zaczęły się "schody" - a dokładniej nierówności, kamienie, gałęzie, kora i przede wszystkim kąt nachylenia...

W tym dniu zaliczyliśmy dwa mega podjazdy w terenie no i dodatkowo zamek w Tomar, który stoi również na bardzo wysokim wzniesieniu - z tą różnicą, że tam prowadzi już szosa.

Jeden z tych podjazdów pokonał mnie całkowicie - no i w pewnym stopniu każdego z nas, bo nie było osoby, która wjechałaby na górę, było to bardziej wciąganie rowerów, wdrapywanie się i to w niemiłosiernym upale... To był mój kryzysowy moment... Kiedy pokonałam ów odcinek usiadłam i... po prostu się rozpłakałam - chyba cudem jednak udało mi się nie odpaść po drodze, taki rodzaj bólu i zmęczenia pierwszy raz przeżyłam. To był taki moment kiedy zwątpiłam i pomyślałam, że chyba zrobiłam głupotę, pakując się na taką wyprawę z moim marnym rowerem - byłam przekonana, że nie dojadę do Santiago.

Ale Tomar mimo podjazdu wspominam bardzo dobrze, bo to naprawdę ładne miejsce. Taki zamek ominąć to byłoby grzechem :D Jest wspaniały, jak i cała miejscowość, która podobno jest związana z Templariuszami. Po zjeździe do Rynku mieliśmy dwugodzinną przerwę na zakupy, obiad, odpoczynek. Dobrze wykorzystaliśmy ten czas. Za nami była bowiem dopiero połowa drogi...






Wieczorem, po dotarciu do Alvaiazere, byliśmy wszyscy bardzo dumni z tego, że dotarliśmy całą grupą i żeby to uczcić zrobiliśmy sobie wielkiego grilla (w czym pomogli nam strażacy - w końcu to na ich terenie się rozlokowaliśmy żeby nocować)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz