wtorek, 15 sierpnia 2017

Pomorze 2017 - Dzień VI: Łeba - Hel

109 km + dojazd poranny do Łeby i trochę krążenia po, czyli ok. 8 km dodatkowo zanim ruszyłam w trasę,

Dzień rozpoczął się bardzo dobrze, wypiłam kawę spakowałam się, wcześniej przyjemnie pogawędziłam z gospodynią domu i jedną z pensjonariuszek, solidnie obmyłam rower z piachu (mimo święta; niestety nie było okazji i możliwości zrobić tego wcześniej) i podążyłam do Łeby na Mszę - parafię wybrałam wcześniej, kierując się wezwaniem i wizualnym wyglądem zewnątrz (mam sentyment, ot co...). 

Mogłabym się rozpisać w tym momencie, ale nie miejsce i czas na to - powiem tylko, że do dziś pamiętam fragmenty z kazania...
Panowie wcześniej poinformowani przeze mnie o której i skąd wyruszam podjechali i w sumie myślałam, że do Helu już pojedziemy razem. Okazało się jednak, że ponownie mamy inne zamierzenia - ja wybrałam priorytet szlaku rowerowego, panowie drogę plażą.
Pierwszy odcinek był dość piaszczysty, ale nie trwało to długo i dało przy okazji możliwość podziwiania natury - całe połacie wrzosów (wśród nich zatrzymałam się na małe śniadanie w lesie, przebranie się w lżejsze ubrania i dosuszenie tego, co nie wyschło podczas noclegu. To był bardzo przyjemny przerywnik. 


Później droga była różna, asfalt, szuter, trochę leśnych wybojów - jak dla mnie ok. Kierowałam się w stronę latarni morskiej Stilo. W drodze chłopaki informowali, że dojechali i że bardzo ciężki podjazd i odradzają, że lepiej jeśli zostaną na rozwidleniu i nie będę wspinać się pod latarnię. No ale Krysia lubi wyzwania... i trochę korzeni i kamieni jednak nie mogło mnie powstrzymać. Stilo zdobyłam. Nie weszłam jednak na górę latarni, bo wiedziałam jakie mamy realia czasowe - wypiłam kawę, zjadłam kupione po drodze przepyszne ciasto piernikowe i dalej jechaliśmy już w 3.

W niedalekiej okolicy znaleźliśmy takie wyjątkowe miejsce - Kapliczkę Promyczkową. Ja wiem dlaczego dla mnie ona była szczególna - umieszczone w tabliczce dwie daty to sprawiły....


Dalej był odcinek, na którym posmakowaliśmy drogi przez bagna, totalne... i to nie Karwieńskie ale gdzieś całkiem poza szlakiem... Nauka z tego wynikająca, zawsze mieć własny GPS i niekoniecznie wybierać drogę oznakowaną inaczej niż rowerowa...








W Karwi zatrzymaliśmy się na posiłek i.... tam ponownie nasze plany okazały się niespójne. Efektem było to, że w Jastrzębiej Górze nasze drogi się rozeszły, panowie mieli w planach przedłużenie o dwa dni swojego pobytu na Pomorzu a ja niestety mając ograniczone możliwości trzymałam się jednak planu przede wszystkim dotarcia do celu, czyli na Hel.
Ostatni etap był dla mnie wielką nerwówką, miałam zamiar dojechać do Helu, zaznaczyć swoja obecność, i zdążyć na pociąg... Jechałam 50 km bez postoju dłuższego niż minuta na szybkie zdjęcie (większość robiona i tak podczas jazdy) i na wypicie kilku łyków wody.

Pędząc trasa rowerową mijałam wszystkie te urocze miejsca jak Jastarnia, Władysławowo itd i było mi żal... Pogoda była wspaniała, pięknie wszystko wyglądało i chętnie posiedziałabym na plaży, ale wiedziałam, że nie tym razem... Miałam jednak ogromną nadzieję, że naciesze oczy zachodem słońca na Helu. Jednak i to mnie ominęło - dojechałam kiedy było już szarawo.





I się zaczęły problemy... Pociąg owszem, jechał, bilet byłam jeszcze w stanie zarezerwować "na gorąco", ale.... okazało się, że nie ma przewozu rowerów. No jak to? Rok temu był... Wiedziałam już, ze nic na Helu nie zobaczę (czułam się z tego powodu dodatkowo rozczarowana - pomijając, że fizyczne zmęczenie dawało mi się we znaki, bo miałam za sobą dzień prawie 120 km po bardzo różnym terenie...). Zaczepiłam maszynistę schodzącego akurat ze zmiany i on poświęcił mi trochę czasu na szukanie różnych możliwości i połączeń jakimi mogłabym dojechać do Rybnika. Jednak chyba nie do końca się zrozumieliśmy i stanęło na tym, ze postanowiłam jednak zostać na noc na Helu.
Było już ciemno, miałam znowu prawie całą baterie w telefonie rozładowaną - a to jedyny sposób informacji dla mnie, zaczynało mi być strasznie zimno, głodno i wogóle... I tu z pomocą przyszła Karolina Pierchała i Marcin Pyszny (Kochani, jesteście WSPANIALI). Karolina patrzyła na pociągi i właśnie ona poinformowała Marcina o mojej sytuacji, bo odezwał się i.... podesłał namiary na nocleg. Szybko tam zadzwoniłam i... to była doskonała decyzja. Cudowna kąpiel, gorąca herbata, pachnąca pościel, wygodne łóżko... SEN... 




(jak znowu zagoszczę na Helu i będę miała tam nocować, to już wiem gdzie - TANIO i świetne warunki!)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz