Dzisiaj był taki przyjemny dzień. Rano wsiadłam w pociąg i pojechałam do Gogolina. Stamtąd lasami do Kamienia Śląskiego - w którym byłam umówiona na pewne ważne spotkanie.
Po pysznym śniadaniu, rozmowie i poznaniu kogoś szczególnego ruszyłam żeby bliżej poznać tą miejscowość. Kiedyś już tu byłam, ale to w przelocie, dosłownie na pół godziny - wtedy była zima i wydawało mi się, że to mega nieciekawa dziura... Tym razem zachwycało mnie wszystko! Ale kiedy weszłam do kaplicy... przepadłam na całego - to był taki moment, który zadecydował we mnie o czymś - ale zostawię to dla siebie.
Jak juz pokręciłam się nieco po Kamieniu, to ruszyłam w drogę prowadzącą na Górę św. Anny (najpierw musiałam zlokalizować w którą stronę mam się udać, co nie było od razu takie proste wśród wielu uliczek).
No i tu kolejny raz opanował mnie zachwyt. Tym razem nad piękną okolicą - te widoki! Niesamowite! Albo ja jestem jakaś dziwna i niepoprawda w tym ach i och nad każdym drobiazgiem, albo naprawdę jest tak, że świat i to co nas otacza jest dopracowane właśnie najpierw w takich szczegółach....
Na Anabergu zafundowałam sobie odpoczynek dla duszy i ciała - odpoczynek aktywny, bo "zaliczyłam" dróżki... piękne to było!
Zjeżdzając wstąpiłam do małego kościółka Wniebowzięcia NMP w Porębie - stary, opuszczony kościółek, który urzekł mnie swoim surowym wnętrzem, zapachem modlitwy i murami, które niejedną duszę otaczały opieką... szkoda, że takie miejsca niszczeją...
Po wyjściu z małego kościółka pojechałam już prosto przez Kotlarnię, Kuźnię, Rudy, Zalew na Rybnik... Po drodze zrobiłam sobie godzinną przerwą na leżenie w zieleni i gapienie się w niebo :) wtedy marzyła mi się filiżanka kawy z porannego Gogolina...
Przyjechałam do domu mega radosna i z poczuciem dnia wypełnionego po brzegi.



































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz