sobota, 6 czerwca 2020

przy sobocie

Pierwotny zamysł był nieco inny, ale z racji pierwszej soboty miesiąca okazał się trudny do zrealizowania, ponieważ możliwa godzina wyjazdu w ten dzień ucinała wiele kilometrów, jakie zrobiłabym ruszając o 6 rano.

Postanowiłam jednak wykorzystać dzień i krótko po 10 rano ruszyłam w kierunku centrum Rybnika. Stamtąd przez Przegędzę, Stanowice i Bełk ekspresowo dotarłam do Orzesza.





Cieszyłam się niezmiernie, bo nareszcie jechałam do Bujakowa - już dobrych kilka lat tam nie byłam a miejsce jest warte by wpadać od czasu do czasu, choćby tylko na kołacz i kawę. Sama jazda była przyjemnością, mimo dziwnie dużego przy sobocie ruchu na drogach.

Bujaków powitał mnie przyjemnym chłodem ocienionych ścieżek w Sanktuarium Matki Bożej Opiekunki Środowiska Naturalnego.






Dużo nie będę rozpisywać się o tym miejscu, ale jest tak niezwykle urokliwe, że jak weszłam, to przez godzinę spacerowałam i zachwycałam się drobiazgami.

Przez ostatnie lata trochę się zmieniło, pawie już nie chodzą luzem, mnóstwo przestrzeni pozarastało, widać, że już nie ma osoby, która poprzednio zajmowała się ogrodem i domem - sam dom zawsze pełen kwiatów, teraz jakiś tak opuszczony, nie taki jak go pamiętałam.

Oczywiście zdjęcia porobiłam, telefon dawał radę :)















Tu na miejscu poczęstowałam się z krzaczka pierwszą w tym roku poziomką, posiedziałam chwilę na ławeczce no i zebrałam się w dalszą drogę, tym razem w kierunku Śląskiego Ogrodu Botanicznego.






Na miejscu okazało się, że teren jest tak duży, że musiałabym spędzić tam przynajmniej ze dwie godziny. Dlatego, mając na uwadze swoje ograniczenia czasowe, zrezygnowałam - wiedziałam, że w domu jeszcze czeka mnie trochę zajęć...

Ale... skoro byłam już tam, gdzie byłam, to stwierdziłam, że grzechem zaniedbania byłoby nie podjechać w jeszcze jedno miejsce :) Co prawda już od stycznia czekało na zrealizowanie owo "zapraszam na Mokre", ale... jakoś nie złożyło się, to raz, a dwa - chyba nie był to dla mnie jeszcze odpowiedni czas (ale to tak poza tematem). Tak więc postanowiłam - tak w ciemno. Odległość była znikoma, więc raz dwa dotarłam.






Niewątpliwie było to BARDZO DOBRE spotkanie

Droga powrotna leciała w pierwszej kolejności przez Sośnią Górę do Orzesza. W sumie to terenowo było niekoniecznie fajnie ze względu na rower (oj, przydałby się tam mój MTB a nie ciężki trekking), ale widoki wynagradzały wertepy - było jak z obrazka :)








Od Orzesza większa część drogi była w terenie, co spowolniło znacznie moje tempo jazdy - wcześniej słońce mocno przypiekło mnie, za mało płynów miałam ze sobą i tak jakoś do kupy zebrawszy to przyznaję, że się umordowałam. Przez Palowice jechałam w malowniczym lesie, tam był spory odcinek szerokiej szutrowej i dobrej drogi. Jednak w pewnym momencie, za Szczejkowicami, GPS zwariował i wydawał komunikaty niespójne czasowo do miejsca, przez co kilka razy w  nieodpowiednich momentach skręciłam i zawracałam. No i na upartego chciał mnie poprowadzić inną drogą niż ta, jaką ja założyłam, więc to "zawróć" nieco denerwowało. Dobrze, że jeszcze umiem czytać mapy i wolałam kierować się nimi niż głośnikiem.







Od przejechania kładki właściwie drogę już znałam doskonale. Co prawda chciałam przelecień przez Jankowice, ale koniec końców zdecydowałam, że ostatni odcinek wrócę tak jak zaczęłam i od Bazyliki jechałam naszą rybnicką drogą rowerową aż do Popielowa.

Przyznaję, że czułam ogromne zmęczenie, nie spodziewałam się tego. Ale jestem pewna, że to przez niefrasobliwe podejście do tematu jedzenia i picia - jak to mawia klasyk, bez paliwa się nie pojedzie. Następnym razem muszę w sakwy wrzucić konkretne kalorie i więcej wody!

Dzień uznaję za naprawdę udany, choć ramiona przypalone słońcem zaczynają palić mnie ogromnie, są czerwone jak ogień.

Na zakończenie w domu kąpiel, zimne piwo i mega niezdrowe jedzenie pt. lazania i zapiekanka - dostarczona do mnie w odpowiednim czasie, zanim zaczęłam zasypiać :)

A poniżej trasa:















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz