wtorek, 31 lipca 2018

Welcome Paprocany :D

Nareszcie zdecydowałam się na wypad na Paprocany. Pogoda dopisała, choć upał chwilami dobijał.
Do Żor to dojechałam "na pamięć" a później byłam już zdana na GPS. No i gdzieś w lasach się zaczęło... straciłam godzinę na błądzenie, bo kierował mnie w ścieżki, których nie było - do tego stopnia, że trafiłam w gąszcz traw i krzaków, gdzie leżało dużo wielkich drzew powyrywanych przez wichurę sprzed 3 lat...
Nie powiem, wtedy wściekłam się na dobre, bo żar lał się z nieba, miałam jeszcze trochę drogi no i dnia na szwędanie się po krzakach było mi po prostu szkoda.
Wyłączyłam "podpowiadacz" i pokombinowałam sama sobie drogę wybrać - z całą świadomością, że nadrobię kilometrów - ale lepsze to, niż nieustanne zawracanie i tracenie nerwów. No i się udało. Jednak dobrze mieć w głowie jeszcze jakieś pozostałości co do wyznaczania kierunku północ/południe/wschód/zachód 
Niestety z pływania musiałam zrezygnować, bo przez sinice kąpiel była zabroniona - szkoda - może następnym razem.
Na miejscu spędziłam czas w towarzystwie. Takie fajne wspominanie czasów wchodzenia w dorosłość z podsumowaniem, że czas za szybko leci.... No i muszę przyznać, że lody tam są wyśmienite (chociaż cholernie drogie)
W drodze powrotnej wypiłam kawę zaproponowaną przez panią w sklepie - to było niezwykle miłe i takie niecodzienne, żeby sprzedawca do kupowanego kołacza (jak zwykle za mało jedzenia zabrałam i trzeba było się wspomóc) proponował taką uprzejmość. To dodało energii.
W Żorach czułam już zmęczenie - słońce jednak swoje zrobiło... W domu jednak szybko odżyłam - wystarczyło wykąpać się, zjeść i... cieszyć letnim wieczorem ostatniego dnia lipca 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz